O tak, nie jesteśmy już w Tak – jesteśmy w Mae Sot

Wczorajszy dzień to nasze małe święto. Na trasie z Tak do Mae Sot na moim małym zielonym liczniku wybiło 1000 kilometrów! Ten dystans to jednak nic, w porównaniu z tym co czekało nas później. Wspinaczka pod górę… jedna wielka wspinaczka. Nie będę pisać, iż było łatwo. Było ciężko, nawet bardzo! Bez balastu byłoby trudno, a my jesteśmy obciążeni ok. 40kg bagażem. Najpierw niekończący (!!) się podjazd na górę… ufff… udało się. Naszym oczom, niczym fatamorgana na pustyni, Hilltribe Market. Jest to targ z warzywami i owocami od lokalnych farmerów, mieszczą się tam także gar-kuchnie, gdzie  zjedliśmy obiad i popedałowaliśmy dalej. Najpierw przez chwilę było fajnie, jechaliśmy w dóóóóóół, ale później znowu się zaczęło. Tym razem pod górkę i z górki… pod górkę i z górki. Za każdym razem mówiłam sobie – to na pewno już ostatnia. Wiele razy zeszłam ze swojego rowerka i pchałam go z całych sił. Piotr jechał niestrudzenie cały czas. To była ogromna walka. Mimo tak trudnego terenu wczorajszy wynik to 90 km. Dotarliśmy do Mae Sot i jesteśmy z siebie bardzo dumni. Świętujemy przejechane tysiąc kilometrów. Świętujemy zdobycie góry. Świętujemy czas spędzony w Tajlandii. Świętujemy ostatni dzień października.

DSC04243.JPG

DSC00278.JPG

DSC04241.JPG

dsc00282

dsc04245

Świętowanie tak nam się spodobało, że postanowiliśmy odpocząć i zostać w Mae Sot na dwie noce – zrobiliśmy przejażdżkę po okolicy. Objechaliśmy kilka miejsc poleconych przez naszą hostkę, w tym m. in. położoną na wzgórzu Pagodę – Phra That Hin Kio At Doi Din Chi, do której prowadziło kilkaset schodów. Widzieliśmy także lokalny targ rowerowy i okoliczne świątynie. Jutro wyruszamy w nieznane – wjeżdżamy do Birmy.

dsc04255

dsc04263

Sukhothai

W Sukhothai spędziliśmy aż dwie noce ze względu na park historyczny. Dawne Sukhothai nie ma nic wspólnego z dzisiejszym miastem. Dzieli je ok. 15 kilometrów. Warto odpocząć od miasta i wybrać się do miejsca pachnącego historią. Historczne Sukhothai zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W obrębie  opuszczonego miasta, zachowało się około 40 watów. Poniżej kilka fotografii z odwiedzin w parku.

dsc04230

dsc00253

dsc00256

dsc04229Porównując miejsce, do tego co widzieliśmy w Ayutthaya trzeba przyznać, że jednak to Ayutthaya podobała nam się bardziej.

Phitsanulok

Nic innego jak duuuuże miasto w którym mieliśmy przyjemność nocować u wesołej tajskiej rodzinki z chińskimi korzeniami.  Nie sposób nie wspomnieć o tak pozytywnych ludziach, których napotkaliśmy na swojej drodze. Dzieci były w wieku 10 i 12 lat, a ich angielski był praktycznie perfekcyjny. Mówiły, że nauczyły się z YouTube’a. Ich ojciec niejednokrotnie, gdy czegoś nie rozumiał, pytał synów co to znaczy. Na pewno goście z różnych stron Świata pomogły chłopakom otworzyć się i rozwinąć skrzydła. Poza tym dzieciaki zrobiły show. Pokazały nam, jak wygląda tradycyjny tajski taniec. My także musieliśmy im coś zademonstrować, jedyne co potrafiliśmy to… polonez 😉

DSC04205.JPG

 

Budda Bike Project ;-)

Ostatnie trzy noce spędziliśmy… w domu buddy. Każdą w innym. Możemy już zacząć nadawać ranking swoim buddyjskim pokojom…. zacznijmy jednak od początku. Przemierzając tajskie wsie usłyszeliśmy muzykę dobiegającą ze świątyni, postanowiliśmy odwiedzić to miejsce. Od razu na nasze powitanie wkroczył mnich, który… porozumiewał się w języku angielskim. Od słowa do słowa zostaliśmy zaproszeni na noc w buddyjskiej chatce… drewniana chatka wyposażona jedynie w maty do spania była bardzo komfortowym miejscem. Zajmuje póki co numer pierwszy na liście. Zostaliśmy tam uraczeni wszystkim, co najlepsze.

dsc04180

Tej nocy jednak nie spaliśmy dobrze.

Nad ranem, a może w samym środku nocy, rozległ się przeraźliwy dźwięk. Bicie w gong… długie i nieprzerywane. Zerkam na zegarek, godzina 4:30… dlaczego? Korki w uszach nie pomagają. Czekamy, aż wszystko ustanie… na chwilę – w miejsce hałasu pojawiła się bardzo głośna tajska muzyka… i tak przez resztą poranka aż do 8 godziny. O tej porze usiedliśmy na podłodze z innymi ludźmi w dużej sali. Dostaliśmy po menażce ryżu od miejscowych. Jeden z mnichów instruował nas co należy zrobić. Pierwszą czynnością było wrzucenie po łyżce ryżu ze swojej menażki do większych naczyń. To samo później mieliśmy zrobić z wodą – odlać jej część do innych zbiorników. Były to produkty zbierane dla mnichów.

dsc00230Pojemników tych było 6 – 1 duży i 5 mniejszych. Szybka kalkulacja – mam menażkę pełną ryżu, ile mi zostanie jak odejmę 6 łyżek? NIC! Ważyliśmy każde ziarnko, gdyż myśleliśmy, że będzie to nasze śniadanie. Trochę się przeliczyliśmy… usiedliśmy na podłodze i reszta ryżu została zabrana. Byliśmy głodni. Czas na ceremonię. Do pomieszczenia weszło 7 mnichów. Udali się na podest. Po krótkiej ceremonii i kilku skłonach do podłogi mnisi zostali obsłużeni. Podano im śniadanie – ten sam ryż, który odsypaliśmy z menażek oraz wiele innych smakołyków ustawionych na dużych, okrągłych tacach. Nie muszę chyba dodawać, że byliśmy jeszcze bardziej głodni. Mnisi jedli, lud patrzył. Zjedli śniadanie, otrzymali deser. Lud patrzył. Gdy skończyli, odbyła się dalsza część ceremonii i wtedy dopiero mogliśmy przystąpić do spożywania śniadania. Mnich buddyjski cieszy się bardzo dużym szacunkiem. Zjawisko obserwowania kogoś siedzącego na podeście podczas jedzenia – dziwne, a zarazem ciekawe doświadczenie.

dsc04160dsc04169

Przed wyjazdem otrzymaliśmy od mnicha dowodzącego naszyjniki z buddą mające nas chronić przez niebezpieczeństwami i list polecający do przedstawiania w innych świątyniach. List w języku tajskim, z pieczątką – a jakże.

dsc04182

Następnego dnia zapytaliśmy o możliwość noclegu w innym wacie, ponieważ mieliśmy dobre wspomnienia z poprzednią świątynią. Cieszymy się, że mamy to już za sobą.  Miejsce noclegu to jakiś koszmar. Gnieździliśmy się w małym pokoiku pod baldachimem. Na ścianach pełno pajęczyn. Na korytarzu – graciarnia. Wspomnienia jednak pozostaną pozytywne, a wszystko dzięki ludziom, których spotykaliśmy.

dsc04193

Wczorajsza noc to kolejna noc w buddyjskim domu. Jak wspomniałam, to numer dwa na liście. Mieliśmy nocleg w sali o wielkości 35m2 wyposażonej w 10 wiatraków i podest. Nie wiem jak można nazwać to pomieszczenie, ale wiem doskonale do czego służy. Tym razem to my siedzieliśmy na podeście i jedliśmy kolację. Nikt nas nie obserwował oprócz kilku posągów buddy czających się w rogu.

 

Największy budda ever

Został nam polecony przez innego podróżnika jako największy Budda na Świecie. Musieliśmy zboczyć trochę ze swojej trasy. Obiekt znajduje się w odległości kilku kilometrów od Ang Thong, ale jest bardzo słabo oznakowany. Komunikacja z Tajami przebiega jak zwykle… „Where is Budda? B I G BUDDA?!” i próba wytłumaczenia tego za pomocą podniesionych rąk ukazujących rozmiar posągu w końcu przyniosła zamierzony skutek. Poznaliśmy położenie Świątyni, jednak nie byliśmy do końca pewni, czy dobrze zrozumieliśmy się z tubylcami. W pewnym momencie zwątpiliśmy, czy nie jedziemy bez celu i wybudziliśmy śpiącego pana – wskazał palcem na złoty posąg widoczny z daleka. „Najciemniej pod latarnią” 😉

dsc00163

Wjeżdżając na tren świątyni można mieć wrażenie, iż budda rzeczywiście przemawia. Dotarliśmy tam w porze obiadowej kiedy odbywała się akurat modlitwa. Tajski język płynący przez gramofony rozmieszczone na całym terenie i górujący nad nami złoty posąg sprawiały takie właśnie wrażenie.

dsc04103

Co można zrobić pod największym posągiem buddy na świecie? Pomacać go po palcu u stopy 😉

dsc00178

Ponadto na terenie świątyni znajduję się historia Tajlandii przedstawiona za pomocą kolorowych rzeźb.

dsc04120

Lopburi – miasto małp

Lopburi jest małym miasteczkiem słynącym z tego, że zamieszkują je małpy. O poranku szybko ruszyliśmy do centrum, by zobaczyć zwierzaki… Jest ich tam pełno! Wesoło huśtają się na kablach telefonicznych, radośnie biegają po uliczkach, iskają się obsiadując pobliskie murki. Największe skupisko można spotkać tuż przy świątyni – domy i sklepy ją otaczające są właściwie wyludnione.

Nie ma się czemu dziwić, o czym szybko się przekonałam jeszcze przed wejściem na teren świątyni. Popedałowałam do tych przemiłych zwierzątek, by zrobić im zdjęcie z bliska… nie zdążyłam. W czasie kiedy wyciągałam aparat fotograficzny z sakiewki zawieszonej na kierownicy przemiła małpka wgryzała się łapczywie w moją tylną sakwę. Ślady zostały do dzisiaj. Wcześniej zastanawiałam się dlaczego ten okropny pan biega dookoła z procą. Później widzieliśmy jeszcze kilku takich.

dsc00198

Małpy opanowały miasto – to jest pewne.  Podjęłam kolejną próbę sfotografowania małpek z bliska. W jednej ręce trzymałam okulary, w drugiej aparat… nie spodziewałam się, że małpiszon też chce wyglądać trendy w kolarskich okularkach. Wynik widać na niżej załączonym obrazku.

dsc00209

Piotra też próbowały ograbić – wspinając się po kole wprost do bagażu. Nie lękają się niczego, na przytupy pokazują swoje ostre zębiska i syczą jadowicie wcale nie zmieniając miejsca swojego położenia. Wystarczy naprawdę chwila nieuwagi i można zostać okradzionym przez… „kochaną małpkę”.

dsc04130

dsc04138

dsc00217

Zwiedzanie Ayutthaya

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty w szpitalu. Piotrek od przyjazdu miał infekcję paznokcia dużego palca u stopy, która zamiast przechodzić nasilała się coraz bardziej. Wizyta jak to wizyta, potrwać trochę musiała… jednak sprawą niecierpiącą zwłoki nie był problem z jakim się tam pojawił, lecz  robienie zdjęć. Najpierw ze wszystkimi pielęgniarzami, później każdym z osobna. Należało także porównać się wzrostem z Piotrkiem. Nie muszę chyba dodawać, iż sięgali mu do ramienia. Podczas szału fotografii Pani Doktor wpadła na szalony pomysł usunięcia paznokcia… Na szczęście paznokieć znajduje się na swoim miejscu. Piotr bierze antybiotyki. Za wizytę nie zapłacił nic, lekarstwa zostały opłacone przez tajską służbę zdrowia.

Następnie odwiedziliśmy wiele świątyń. Tego dnia z okazji urodzin matki króla, do wszystkich miejsc weszliśmy za „free”. Udaliśmy się także do Muzeum Łodzi Tajskich. Prowadzone jest przez starszą Panią. Po obejrzeniu można wrzucić pieniądze do skrzynki. Ayutthaya jest magicznym miejscem. Ciężko sobie wyobrazić iż tak wiele pięknych budowli znajduje się w tak malutkiej miejscowości. Poniżej kilka zdjęć.

dsc00108dsc04036dsc04053dsc04066dsc00142dsc00144dsc00148dsc04023dsc03975dsc04039

W drodze do Ayutthaya

Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy – wyruszyliśmy w drogę. Dłuższą chwilę zajęło nam wydostanie się z Bangkoku, trochę krążyliśmy  po mieście…  Założyliśmy dotrzeć do Prowincji Ayutthaya i tak też się stało, jednak nie odbyło się bez kilku przygód. Pierwszą niespodzianką był ulewny, lecz ciepły deszcz. Nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę i popedałowaliśmy dalej…

Cała trasa zajęła nam trochę dłużej niż sądziliśmy, ponieważ po drodze zatrzymywaliśmy się wielokrotnie i podziwialiśmy Świątynie (Waty) wyłaniające się jak z podziemi. O zmroku dotarliśmy do Bang Pa-in, leżącego w odległości 30km od samej Ayutthaya’i. Cóż począć? Na znalezienie miejsca do rozłożenia namiotu było już za późno.

Postanowiliśmy poszukać pomocnej dłoni w… lokalnym szpitalu. Piotrek wyposażony w Google Translator’a i krótki tekst w języku tajskim wstąpił pewnie w bramy przybytku. Ja zaś pilnowałam naszego majątku – czyli dwóch rowerów i reszty bagażu. Jeden Pan rozmawiał z drugim Panem, zadzwonili do trzeciego, czwartego, piątego i tak od słowa do słowa kazali nam pakować rowery do karetki pogotowia. Oczywiście znamy już język tajski i bez problemu zrozumieliśmy o co im chodzi ;). Na szczęście odbyło się bez resuscytacji . Kierowca zaś zawiózł nas pod Posterunek Policji w Bang Pa-In…

Na posterunku, pan komendant bardzo szybko zaoferował pomoc – nocleg w hostelu. Długo nie daliśmy się namawiać. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia… my, policjanci i oczywiście rowery, które musiały zjechać z  karetki pogotowia i ładnie zapozować z nami. Wracać już nie chciały, więc postanowiliśmy zafundować im przejażdżkę na pace radiowozu.  Komendant zlecił swemu zastępcy, by dostarczyć nas całych i zdrowych do… hostelu? Na miejsce jednak nie trafiliśmy. Zastępca był co prawda bardzo miły, zaprosił nas na sutą kolację, zrobił także milion „selfie” podczas wspólnego posiłku i zapewne wrzucił je już na policyjnego Facebook’a. Na pewno jesteśmy już sławni. Zamiast do miejsca noclegu, dotarliśmy do Ayutthaya i kolejnego… Posterunku Policji. Historia, jak wiadomo, lubi zataczać koło. Zazwyczaj jednak to koło jest trochę większe. Wygląda na to, iż nikt nic nie wiedział, że mamy gdzieś spać. Zastępca w swoim transie dobroci chyba zapomniał co miał z nami zrobić. Ja znów pełniłam funkcję strażnika, zaś Piotr i  Jego Google translator udali się by ponownie spróbować swoich sił w rozmowach tajsko-polskich. Wewnątrz odbyła się kolejna sesja zdjęciowa i konwersacje Panów między sobą i znowu zdjęcia… Czas mijał, podróżnicy zmęczeni, a przemili Panowie rozprawiają cóż tu z nami począć. Zajęło to trochę czasu, ale w końcu wylegitymowali nas i otrzymaliśmy zaproszenie do hostelu siostry komendanta. Wszyscy wyszli na zewnątrz by kolejny raz zrobić zdjęcia  – na posterunku,  przed posterunkiem,  przy radiowozie, z rowerami i bez rowerów. Miejsce noclegu znajdowało się bardzo blisko, jechaliśmy tam w towarzystwie drugiego radiowozu. Przed hostelem odbyła się kolejna sesja zdjęciowa, kiedy w końcu się zakończyła udaliśmy się do pokoju na zasłużony wypoczynek.

Hostelik okazał się miejscem bardzo przyjemnym, a dzięki dobremu sercu właścicielki zostaliśmy tam aż na dwie noce.   Mogliśmy odkryć miasto Ayutthaya, które przez ponad 400 lat było stolicą Tajlandi. Planowaliśmy być tam tylko przejazdem… wiele byśmy stracili, gdyby nie ten pozytywny splot wydarzeń.

dsc04080

Tydzień pierwszy – Bangkok

 

 

Relacja z podróży

Po 11-sto godzinnym locie dnia 13 października o godzinie 10:45 czasu lokalnego wylądowaliśmy w Bangkoku na jednym z lotnisk – Suvarnabhumi. Krótką chwilę zabrało nam odebranie rowerów; trochę dłuższą – znalezienie miejsca na ich poskładanie. Tajowie, a i owszem – bardzo uprzejmi i mili, uśmiechnięci, ale niestety komunikacja w języku angielskim sprawiała im kłopot.  Na pytania odnośnie miejsca roboczego uśmiechali się powtarzając nasze słowa. Nie chcąc wadzić nikomu postanowiliśmy poskładać rowery na zewnątrz. Pierwsze wrażenie po wyjściu z klimatyzowanego lotniska? (z samolotu wydostaliśmy się rękawem, więc była to nasza pierwsza styczność z tutejszym klimatem). Uderzenie bardzo gorącego i wilgotnego powietrza. Piotr składał rowery, a ja, jak przystało na wzorowego pomocnika – jadłam ciastka. Wielu taksówkarzy i pracowników lotniska co jakiś czas zatrzymywało się przy naszym stanowisku podnosząc kciuki w górę i wypytując dokąd zmierzamy. Otrzymaliśmy nawet mały prezent powitalny – owoce. Teraz już wiemy, że te tajemnicze owoce nazywają się longany.

lotnisko
Rowery gotowe do drogi

Gotowi o godzinie 16, wyruszyliśmy do centrum miasta. Po drodze nie obyło się bez krótkiej przerwy na „dopieszczenie” detali w rowerze.

Pedałując z 40kg (Natalia) i 46kg bagażem (Piotrek) w „miejskiej dżungli” nie jest najlepszym, co może człowieka w życiu spotkać… tym bardziej jeśli jest to Twoja pierwsza podróż rowerem z tak dużym obciążeniem. Bangkok jest ogromny! Jest kosmopolitycznym miastem bez dwóch zdań. Multum samochodów, motorowerów i my – dwójka cyklistów śmigająca ze swoim całym dobytkiem. Także w trasie ludzie podnosili uniesione kciuki na znak aprobaty naszych działań.  Było parno i gorąco. Dodatkowo nasze głowy odwracały się raz po raz oglądając kolorowe stragany z egzotycznymi owocami. Zapach jedzenia z ustawionych dookoła gar-kuchni rozprasza głodnego podróżnika, człowiek ciekawy Świata chciałby zajrzeć do każdego garnka i zobaczyć co ta Pani tam pysznego pichci… baaa… zobaczyć – zjeść, pożreć. Jak tu się skupić na bezkolizyjnej jeździe po szerokich ulicach? Ciężko.

durian
Durian – król owoców

Po ok. dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce pierwszego noclegu. Po drodze zgubiliśmy się ponieważ numeracja ulic jest tutaj dość specyficzna – bez żadnego ładu i składu. Korzystając z pomocy Couchsurfing(CS) i Warmshowers(WS) – portali turystycznych dla podróżników  organizujemy nocleg w Bangkoku. Pierwsze miejsce to przytulny dom pary emigrantów z USA i Kanady (oboje są tutaj już 9 lat i nauczają angielskiego). Zimny prysznic, zimne piwo i gorąca kolacja – idealne zakończenie tak długiego dnia.

Odchodzi Król Bhumibol Adulyadej, Rama IX

Dnia 13 października odszedł Król Tajlandii, który panował aż 70 lat. Naród ten był bardzo związany z monarchą, co widać na ulicach – większość mieszkańców spaceruje w czarnych strojach. Urzędy i obiekty użyteczności publicznej przyozdobione czarno-białymi wstęgami. Część ulic jest zablokowana. Rozdawana jest woda, ponieważ jest tam tłum ludzi opłakujących odejście głowy państwa. Grand Palace, czyli najważniejszy zabytek miasta – zamknięty. „Był dla Nas jak ojciec” – mówią obywatele. Myślimy, że można to porównać do uczucia Polaków, kiedy odszedł od Nas polski papież- Jan Paweł II.

Wiza do Birmy

W myśl zasady „Najpierw obowiązek, potem przyjemność” z samego rana udajemy się do Ambasady Birmy uzyskać wizę, sprawnie wypełniamy dokumenty. Potrzebne: paszport, kopia, dwa zdjęcia, spinacz, klej. Na miejscu znajduję się ksero (koszt strony: 3 BAHTY) oraz możliwość skopiowania zdjęć (6 zdjęć:  100BAHT), mają także klej i spinacze. My byliśmy jednak przygotowani na wszystko. Kilkanaście minut czekania w kolejce i byliśmy „ready to go”. Po 3 dniach oczekiwania nasza wiza jest gotowa do odbioru, zaś koszt jej wyrobienia to 800 BAHT.

Zwiedzanie

Wat Pho

Odwiedziliśmy liczne świątynie. Ta, która zrobiła na nas największe wrażenie to Wat Pho. Dlaczego? Budda był tam największy… a tak całkiem poważnie – jest to właściwie cały kompleks sakralny, po którym można przespacerować się i poczuć klimat buddyjski. Są tam wprawdzie turyści, wszędzie są turyści, ale na tak wielkim terenie jakoś udaje nam się odetchnąć i zapoznać z każdym Buddą z osobna. Prawie – bo było ich tam wiele.

dsc03745
Leżący Budda w Wat Pho

dsc03754

Wat Arun

Położona jest na prawym (zachodnim) brzegu rzeki Menam (Chao Phraya). Można  się tam łatwo dostać łodzią ekspresową lub promem. Jest jednak łatwiejszy sposób… Jak na sportowców przystało nie dostaliśmy się tam tak jak wszyscy, lecz… i tutaj duża niespodzianka – na rowerach. Należy objechać trochę miejsce dookoła, ale zdecydowanie warto. Ściany świątyni, jak i posągi wokół, przyozdobione są tłuczoną chińską porcelaną. Miejsce jest fenomenalne, mogłoby konkurować z Wat Pho, gdyby nie rusztowanie oraz renowacja. Nie decydujemy się na wejście na teren świątyni – takie zabytki lepiej wyglądają z daleka (coś jak widok z Wieży Eiffel’a lub wspięcie się na kamienie piramid w Egipcie).

dsc03832
Wat Arun – widok od strony rzeki

Wat Traimit

Mała świątynia na terenie China Town. Znajduje się tam… siedzący budda, ale nie jest to zwykły siedzący sobie budda. Jest to największy posąg siedzącego buddy wykonany ze szczerego złota – waży jakieś 5 ton i ma 3 metry wysokości. Wstęp 40 BAHT.

dsc03743
Budda ze szczerego złota w Wat Traimit

Wat Saket Ratcha Wora Maha Wihan

Świątynia Złotej Góry to nic innego jak góra w centrum miasta ze złotym czubkiem. Jest ona sztucznie usypana, po pokonaniu 318 schodów można podziwiać widok rozpościerający się dookoła. Dech w naszych piersiach nie został zaparty – ani przez schody, ani przez widok. Wstęp kosztuje 20 BAHT, jednak o tym dowiadujemy się schodząc z góry. Wcześniej bezwiednie weszliśmy od zupełnie innej strony i nikt, zupełnie nikt nie zwrócił na nas uwagi.

dsc03857
Wejście na Złotą Górę
dsc03856
Wejście na Złotą Górę
dsc03861
Panorama

dsc03846

Wat Benchamabophit

Docieramy tuż przed zamknięciem, więc nie spotykamy zbyt dużo turystów. Świątynia jest, budda siedzi. Spacerujemy wśród domków zamieszkałych przez buddyjskich mnichów; mamy szansę podpatrzeć jak wygląda to miejsce i zobaczyć czym zajmują się na co dzień.

dsc03788

dsc03786

China Town (Yaowarat),

Na wjeździe do głównej ulicy żółto-czerwone banery, dookoła wąskie odnogi pełne czegoś, co lubimy najbardziej… stragany z jedzeniem, przyprawy, gar-kuchnia. Dookoła kolorowo i pachnąco… no… czasami można poczuć dziwny swąd, wszakże sprzedaje się tu mięso, ryby i inne dziwne wynalazki. Rozglądamy się dookoła i mimo tego, iż przeanalizowaliśmy przed przyjazdem, czego warto skosztować, zupełnie nie wiemy czym jest połowa rzeczy mieszcząca się na straganach. Obserwujemy ludzi przy pracy i tych robiących zakupy.

dsc03816
China Town

dsc03876

ryby

Chatuchak Market Weekendowy,

Odwiedziliśmy go w dzień bardzo deszczowy. A może lepiej – w dzień ulewny. Dojechaliśmy przemoczeni i  było tam stosunkowo niewielu turystów. Jest to weekendowy market na którym można kupić chyba wszystko – ubrania, płyty, inne wynalazki technologiczne i oczywiście gar-kuchnia. Tutaj udało mi się znaleźć najtańszą wodę prosto z kokosa (25BAHT), owoc otwarty na naszych oczach. Skosztowaliśmy wiele rarytasów pytając miłe Panie, co mają w garach. Niektóre rzeczywiście były miłe i dały nam  skosztować swoich wyrobów, inne najchętniej dałyby nam po łapkach… albo dałyby, gdyby dostały trochę BAHTów do łapki. Market typowo turystyczny – bardzo pozytywne miejsce na którym można zrobić zakupy pamiątek oraz tanio i dobrze zjeść.

dsc00040
Chatuchak Market i coconut nut
widok-bayioke
Apokaliptyczny widok w deszczowy dzień z 19-stego piętra Bayioke Hotel

Gdzie jeszcze byliśmy? Lumpini Park – park zieleni w centrum miasta, Bayioke Sky Hotel – najwyższy drapacz chmur, lokalne targi, Pantip Plaza – ogromne centrum handlowe z elektroniką, Terminal 21 – specyficzne centrum handlowe stylizowane na lotnisko, dzielnica czerwonych latarni, Pomnik Demokracji – upamiętniający zakończenie monarchii absolutnej w Tajlandii, Khao San – mekka backpacker’ów.

dsc03892
Gar-kuchnia na bogato

Podsumowanie

Minął tydzień. Łącznie przejechaliśmy 200 km po Bangkoku. Spaliśmy w 3 różnych miejscach (wszystkie znalezione za pośrednictwem serwisów turystycznych, czyli Couchsurfing’u i Warmshowers). Znamy już większość głównych skrzyżowań. Wiemy doskonale jak wygląda siedzący budda, stojący budda, leżący budda, odpoczywający budda, dumający budda, medytujący budda… znamy smak ostrej tajskiej kuchni – ten dla turystów i ten dla lokalnych mieszkańców, którzy na pytanie czy dla nich to jest naprawdę ostre uśmiechali się porozumiewawczo. Widzieliśmy już, co ta Pani ma w garze – jedliśmy z niejednego. Wiemy jak pachnie durian – nie udało nam się jeszcze go spróbować, ale mieliśmy przyjemność poczuć jego specyficzny zapach w markecie, Piotrek nawet skosztował cukierków – nie smakowały. Wielokrotnie ugrzęźliśmy w korku. Złapał nas pierwszy tajski deszcz, który był właściwie tak fajnym doświadczeniem, że chyba nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby co jakiś czas nas zmoczył. Wiza do Birmy w paszporcie. Nogi są gotowe. Rowery nasmarowane. Czas spakować bagaż i ruszać dalej – jesteśmy gotowi by zdobywać… Pojutrze zaczynamy przygodę, popedałujemy na północ w miejsca bardziej odosobnione, podziwiać przyrodę, złapać oddech i zajrzeć kolejnej Pani do gara ;-).

dsc03881
Rodzinnie na rybach