Tydzień pierwszy – Bangkok

 

 

Relacja z podróży

Po 11-sto godzinnym locie dnia 13 października o godzinie 10:45 czasu lokalnego wylądowaliśmy w Bangkoku na jednym z lotnisk – Suvarnabhumi. Krótką chwilę zabrało nam odebranie rowerów; trochę dłuższą – znalezienie miejsca na ich poskładanie. Tajowie, a i owszem – bardzo uprzejmi i mili, uśmiechnięci, ale niestety komunikacja w języku angielskim sprawiała im kłopot.  Na pytania odnośnie miejsca roboczego uśmiechali się powtarzając nasze słowa. Nie chcąc wadzić nikomu postanowiliśmy poskładać rowery na zewnątrz. Pierwsze wrażenie po wyjściu z klimatyzowanego lotniska? (z samolotu wydostaliśmy się rękawem, więc była to nasza pierwsza styczność z tutejszym klimatem). Uderzenie bardzo gorącego i wilgotnego powietrza. Piotr składał rowery, a ja, jak przystało na wzorowego pomocnika – jadłam ciastka. Wielu taksówkarzy i pracowników lotniska co jakiś czas zatrzymywało się przy naszym stanowisku podnosząc kciuki w górę i wypytując dokąd zmierzamy. Otrzymaliśmy nawet mały prezent powitalny – owoce. Teraz już wiemy, że te tajemnicze owoce nazywają się longany.

lotnisko
Rowery gotowe do drogi

Gotowi o godzinie 16, wyruszyliśmy do centrum miasta. Po drodze nie obyło się bez krótkiej przerwy na „dopieszczenie” detali w rowerze.

Pedałując z 40kg (Natalia) i 46kg bagażem (Piotrek) w „miejskiej dżungli” nie jest najlepszym, co może człowieka w życiu spotkać… tym bardziej jeśli jest to Twoja pierwsza podróż rowerem z tak dużym obciążeniem. Bangkok jest ogromny! Jest kosmopolitycznym miastem bez dwóch zdań. Multum samochodów, motorowerów i my – dwójka cyklistów śmigająca ze swoim całym dobytkiem. Także w trasie ludzie podnosili uniesione kciuki na znak aprobaty naszych działań.  Było parno i gorąco. Dodatkowo nasze głowy odwracały się raz po raz oglądając kolorowe stragany z egzotycznymi owocami. Zapach jedzenia z ustawionych dookoła gar-kuchni rozprasza głodnego podróżnika, człowiek ciekawy Świata chciałby zajrzeć do każdego garnka i zobaczyć co ta Pani tam pysznego pichci… baaa… zobaczyć – zjeść, pożreć. Jak tu się skupić na bezkolizyjnej jeździe po szerokich ulicach? Ciężko.

durian
Durian – król owoców

Po ok. dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce pierwszego noclegu. Po drodze zgubiliśmy się ponieważ numeracja ulic jest tutaj dość specyficzna – bez żadnego ładu i składu. Korzystając z pomocy Couchsurfing(CS) i Warmshowers(WS) – portali turystycznych dla podróżników  organizujemy nocleg w Bangkoku. Pierwsze miejsce to przytulny dom pary emigrantów z USA i Kanady (oboje są tutaj już 9 lat i nauczają angielskiego). Zimny prysznic, zimne piwo i gorąca kolacja – idealne zakończenie tak długiego dnia.

Odchodzi Król Bhumibol Adulyadej, Rama IX

Dnia 13 października odszedł Król Tajlandii, który panował aż 70 lat. Naród ten był bardzo związany z monarchą, co widać na ulicach – większość mieszkańców spaceruje w czarnych strojach. Urzędy i obiekty użyteczności publicznej przyozdobione czarno-białymi wstęgami. Część ulic jest zablokowana. Rozdawana jest woda, ponieważ jest tam tłum ludzi opłakujących odejście głowy państwa. Grand Palace, czyli najważniejszy zabytek miasta – zamknięty. „Był dla Nas jak ojciec” – mówią obywatele. Myślimy, że można to porównać do uczucia Polaków, kiedy odszedł od Nas polski papież- Jan Paweł II.

Wiza do Birmy

W myśl zasady „Najpierw obowiązek, potem przyjemność” z samego rana udajemy się do Ambasady Birmy uzyskać wizę, sprawnie wypełniamy dokumenty. Potrzebne: paszport, kopia, dwa zdjęcia, spinacz, klej. Na miejscu znajduję się ksero (koszt strony: 3 BAHTY) oraz możliwość skopiowania zdjęć (6 zdjęć:  100BAHT), mają także klej i spinacze. My byliśmy jednak przygotowani na wszystko. Kilkanaście minut czekania w kolejce i byliśmy „ready to go”. Po 3 dniach oczekiwania nasza wiza jest gotowa do odbioru, zaś koszt jej wyrobienia to 800 BAHT.

Zwiedzanie

Wat Pho

Odwiedziliśmy liczne świątynie. Ta, która zrobiła na nas największe wrażenie to Wat Pho. Dlaczego? Budda był tam największy… a tak całkiem poważnie – jest to właściwie cały kompleks sakralny, po którym można przespacerować się i poczuć klimat buddyjski. Są tam wprawdzie turyści, wszędzie są turyści, ale na tak wielkim terenie jakoś udaje nam się odetchnąć i zapoznać z każdym Buddą z osobna. Prawie – bo było ich tam wiele.

dsc03745
Leżący Budda w Wat Pho

dsc03754

Wat Arun

Położona jest na prawym (zachodnim) brzegu rzeki Menam (Chao Phraya). Można  się tam łatwo dostać łodzią ekspresową lub promem. Jest jednak łatwiejszy sposób… Jak na sportowców przystało nie dostaliśmy się tam tak jak wszyscy, lecz… i tutaj duża niespodzianka – na rowerach. Należy objechać trochę miejsce dookoła, ale zdecydowanie warto. Ściany świątyni, jak i posągi wokół, przyozdobione są tłuczoną chińską porcelaną. Miejsce jest fenomenalne, mogłoby konkurować z Wat Pho, gdyby nie rusztowanie oraz renowacja. Nie decydujemy się na wejście na teren świątyni – takie zabytki lepiej wyglądają z daleka (coś jak widok z Wieży Eiffel’a lub wspięcie się na kamienie piramid w Egipcie).

dsc03832
Wat Arun – widok od strony rzeki

Wat Traimit

Mała świątynia na terenie China Town. Znajduje się tam… siedzący budda, ale nie jest to zwykły siedzący sobie budda. Jest to największy posąg siedzącego buddy wykonany ze szczerego złota – waży jakieś 5 ton i ma 3 metry wysokości. Wstęp 40 BAHT.

dsc03743
Budda ze szczerego złota w Wat Traimit

Wat Saket Ratcha Wora Maha Wihan

Świątynia Złotej Góry to nic innego jak góra w centrum miasta ze złotym czubkiem. Jest ona sztucznie usypana, po pokonaniu 318 schodów można podziwiać widok rozpościerający się dookoła. Dech w naszych piersiach nie został zaparty – ani przez schody, ani przez widok. Wstęp kosztuje 20 BAHT, jednak o tym dowiadujemy się schodząc z góry. Wcześniej bezwiednie weszliśmy od zupełnie innej strony i nikt, zupełnie nikt nie zwrócił na nas uwagi.

dsc03857
Wejście na Złotą Górę
dsc03856
Wejście na Złotą Górę
dsc03861
Panorama

dsc03846

Wat Benchamabophit

Docieramy tuż przed zamknięciem, więc nie spotykamy zbyt dużo turystów. Świątynia jest, budda siedzi. Spacerujemy wśród domków zamieszkałych przez buddyjskich mnichów; mamy szansę podpatrzeć jak wygląda to miejsce i zobaczyć czym zajmują się na co dzień.

dsc03788

dsc03786

China Town (Yaowarat),

Na wjeździe do głównej ulicy żółto-czerwone banery, dookoła wąskie odnogi pełne czegoś, co lubimy najbardziej… stragany z jedzeniem, przyprawy, gar-kuchnia. Dookoła kolorowo i pachnąco… no… czasami można poczuć dziwny swąd, wszakże sprzedaje się tu mięso, ryby i inne dziwne wynalazki. Rozglądamy się dookoła i mimo tego, iż przeanalizowaliśmy przed przyjazdem, czego warto skosztować, zupełnie nie wiemy czym jest połowa rzeczy mieszcząca się na straganach. Obserwujemy ludzi przy pracy i tych robiących zakupy.

dsc03816
China Town

dsc03876

ryby

Chatuchak Market Weekendowy,

Odwiedziliśmy go w dzień bardzo deszczowy. A może lepiej – w dzień ulewny. Dojechaliśmy przemoczeni i  było tam stosunkowo niewielu turystów. Jest to weekendowy market na którym można kupić chyba wszystko – ubrania, płyty, inne wynalazki technologiczne i oczywiście gar-kuchnia. Tutaj udało mi się znaleźć najtańszą wodę prosto z kokosa (25BAHT), owoc otwarty na naszych oczach. Skosztowaliśmy wiele rarytasów pytając miłe Panie, co mają w garach. Niektóre rzeczywiście były miłe i dały nam  skosztować swoich wyrobów, inne najchętniej dałyby nam po łapkach… albo dałyby, gdyby dostały trochę BAHTów do łapki. Market typowo turystyczny – bardzo pozytywne miejsce na którym można zrobić zakupy pamiątek oraz tanio i dobrze zjeść.

dsc00040
Chatuchak Market i coconut nut
widok-bayioke
Apokaliptyczny widok w deszczowy dzień z 19-stego piętra Bayioke Hotel

Gdzie jeszcze byliśmy? Lumpini Park – park zieleni w centrum miasta, Bayioke Sky Hotel – najwyższy drapacz chmur, lokalne targi, Pantip Plaza – ogromne centrum handlowe z elektroniką, Terminal 21 – specyficzne centrum handlowe stylizowane na lotnisko, dzielnica czerwonych latarni, Pomnik Demokracji – upamiętniający zakończenie monarchii absolutnej w Tajlandii, Khao San – mekka backpacker’ów.

dsc03892
Gar-kuchnia na bogato

Podsumowanie

Minął tydzień. Łącznie przejechaliśmy 200 km po Bangkoku. Spaliśmy w 3 różnych miejscach (wszystkie znalezione za pośrednictwem serwisów turystycznych, czyli Couchsurfing’u i Warmshowers). Znamy już większość głównych skrzyżowań. Wiemy doskonale jak wygląda siedzący budda, stojący budda, leżący budda, odpoczywający budda, dumający budda, medytujący budda… znamy smak ostrej tajskiej kuchni – ten dla turystów i ten dla lokalnych mieszkańców, którzy na pytanie czy dla nich to jest naprawdę ostre uśmiechali się porozumiewawczo. Widzieliśmy już, co ta Pani ma w garze – jedliśmy z niejednego. Wiemy jak pachnie durian – nie udało nam się jeszcze go spróbować, ale mieliśmy przyjemność poczuć jego specyficzny zapach w markecie, Piotrek nawet skosztował cukierków – nie smakowały. Wielokrotnie ugrzęźliśmy w korku. Złapał nas pierwszy tajski deszcz, który był właściwie tak fajnym doświadczeniem, że chyba nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby co jakiś czas nas zmoczył. Wiza do Birmy w paszporcie. Nogi są gotowe. Rowery nasmarowane. Czas spakować bagaż i ruszać dalej – jesteśmy gotowi by zdobywać… Pojutrze zaczynamy przygodę, popedałujemy na północ w miejsca bardziej odosobnione, podziwiać przyrodę, złapać oddech i zajrzeć kolejnej Pani do gara ;-).

dsc03881
Rodzinnie na rybach
Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tydzień pierwszy – Bangkok

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s