Kakku Pagodas

Decyzję o odwiedzeniu tegoż miejsca podjęliśmy dość spontanicznie. Mieliśmy już wyruszać do Kalaw, jednak Pagody znajdujące się w Kakku zostały nam polecone przez pana recepcjonistę. Pochodził z wioski, w której są zlokalizowane. Internet nad jeziorkiem jak zwykle pozostawiał wiele do życzenia, lecz udało się obejrzeć kilka zdjęć. Sprawiły, że postanowiliśmy tam pojechać. Było już jednak po 11 kiedy opuściliśmy miasto. Z Nyang Shwe obraliśmy kierunek na Shwe Nyang – to nie pomyłka, te miasteczka naprawdę tak się nazywają. Następnie pod górkę do Taunggyi. Nie wjeżdżaliśmy jednak do miasta, nie chcieliśmy się tam zatrzymywać i wydłużać trasy bo było już późno, więc przedmieściami ruszyliśmy do miasteczka Hang Si, a następnie do Kakku Pagodas.

Już z daleka wyglądały majestatycznie! Dotarliśmy tam podczas zachodu słońca i byliśmy praktycznie ostatnimi zwiedzającymi… było bardzo klimatycznie. Miejsce nie jest aż tak bardzo znane turystom – bardziej mieszkańcom Birmy. Mieści się tylko 75 kilometrów od Nyang Shwe nad jeziorem Inle, a jest całkowicie odmienne… spokojne i tajemnicze.

Noc spędziliśmy w sąsiadującym z Pagodami klasztorze. Młodzi mnisi od rana bujali się na huśtawkach.

Następnego dnia musieliśmy wracać do Nyang Shwe… oczywiście nie tą samą drogą. Przy okazji poznaliśmy odpowiedz na pytanie jak wjechać do strefy jeziora Inle za darmo, ale o tym później…

Nawigacja z której korzystamy, jest uboga pod względem nazw miast, ale tutaj lokalna społeczność pomogła wielokrotnie – naszkicowali nawet mapkę patykiem na piasku ;-). Kierowaliśmy się na miasteczko Kyak Talone, a następnie drogą wzdłuż jeziora. To właśnie od tej strony można wślizgnąć się do strefy Inle, nie ponosząc żadnej opłaty. Także sprawa jest prosta, najpierw należy odwiedzić Pagody w Kakku, potem przyjechać nad jezioro „za free”. Więcej wrażeń i pieniądze w kieszeni.  Nie było żadnej bramki kontrolnej dla przyjeżdżających turystów. Nikt nas nie zatrzymał, a już mieliśmy przyszykowane zdjęcia na dowód, że tylko na chwilę wyjechaliśmy z nad jeziora. To nie było nawet potrzebne! Dotarliśmy do Nyang Shwe i zatrzymaliśmy się tam na jeszcze jeden dzień, by dzisiaj rano wyruszyć do Kalaw.

Reklamy

Łódką po jeziorze Inle

Popłynęliśmy! Wyruszyliśmy o godzinie 12 i wróciliśmy tuż po zachodzie słońca. Nasza dwuosobowa załoga dobrze się spisała, udając się w miejsca z listy, którą wcześniej sporządziliśmy. Nie tak łatwo było znaleźć dobra ekipę… spędziliśmy godzinkę w porcie negocjując miejsca do odwiedzenia i ceny. Wyjściowa to 25 000 kyat. Ostatecznie popłynęliśmy za 15 000 kyat (oku. 45 zł), mieliśmy łódkę na wyłączność i spędziliśmy na jeziorze ok. 6 godzin.

 

Nasza Wish Lista poniżej:

  1. Wiosłujący jedną nogą pan rybak

Na jedno byliśmy gotowi. Naczytaliśmy się o tym wiele przed wypłynięciem… na pozujących jednonogich rybaków. Rzeczywiście, pojawili się od razu po wypłynięciu na jezioro. Trzymali w rękach zdechłe ryby i szeptali „fish, fish”… później szeptali „money, money”. Krzyknęliśmy do naszego sternika, że chcemy prawdziwego rybaka. Zaśmiał się z aprobatą i popłynęliśmy dalej. Później widzieliśmy bardzo dużo panów, którzy po prostu wiosłowali nóżką, nie robiąc przy tym żadnego cyrku i nie ściągając na sile naszej uwagi. Było mi tylko przykro, że silnik naszej łódki wypłoszy im ryby. Poniżej małe porównanie.

  1. Indein Pagoda / Shwe In Tain Pagoda

To miejsce obowiązkowo do odwiedzenia. Jest trochę dalej od jeziora, dopływamy tam korytem rzeki. Robi wrażenie. Co ciekawe, aby tam dotrzeć trzeba przespacerować się z portu ok. 25 min pomiędzy straganami, zataczając niezłe koło.

  1. Ngaphenchang, znane jako Jmping Cats Monastery

Przygotowując się wcześniej do zwiedzenia i szperając na różnych blogach, wiedzieliśmy już, że koty wcale nie skaczą. Nie popłynęliśmy tam wiec by zobaczyć nie-skaczące kotów. Chcieliśmy zobaczyć drewniany klasztor, który sam w sobie jest ciekawy. Dlatego też wcale nas nie rozczarował… To miejsce musiało być magiczne zanim zaczęły przybywać tam pielgrzymki turystów. Nie wiem, czy kiedykolwiek skakały te koty – ponoć tak. Teraz kotki zostały wpuszczone na teren klasztoru dla zabawy. Ludzie robili sobie z nimi zdjęcia składając ręce w obręcz i czekając nie wiem na co… na skok? Szybkie zdjęcie z kotkami i czas wskakiwać, ale na łódkę i płynąc dalej.

 

  1. Floating Gardens

To na prawdę niesamowite, że można posadzić pomidory na wodzie. Bambusy wbite są w dno jeziora, a dokoła nich jakby wysepki ułożone w… grządki? Raczej grzędy ;-).

  1. Fabryka przędzy z kwiatów lotosu oraz fabryka cygaretek bez tytoniu

Odwiedziliśmy te skomercjalizowane miejsca, by zobaczyć proces powstawania materiału. Ma właściwości takie jak lniane tkaniny. Naturalnie chłodzi w lecie i ogrzewa w zimie. Cygaretki skosztowaliśmy, te słodkie miały anyżkowy aromat. W ich skład wchodziły między innymi banany i cynamon oraz wspomniany anyż. W obu miejscach nikt nie naciskał byśmy dokonali zakupów mimo przedstawienia nam całego proces.

  1. Wioska Ywama

Odwiedziliśmy także miejsce, gdzie spotkaliśmy panie z pierścieniami na szyi zamieszkujące oryginalnie Stan Kayan (nie Shan – w którym teraz się znajdujemy). Na pewno znalazły się tam przypadkiem ;-). Kiedy usiadłam miedzy nimi zademonstrowały mi jak śpią w pierścieniach… maja tam małą sprzączkę, która odpinają. Dzięki temu część pierścieni znajdujących się nad obojczykami jest ruchoma.

DSC04680.JPG

Podczas powrót do Nyang Shwe byliśmy eskortowani. Nie, nie… tym razem nie przez policję ;-). Przez stado mew! Leciały nad nami dobre 10 minut. Było naprawdę wspaniale! Następnie podziwialiśmy zachód słońca za górami, cały czas kierując się w stronę portu.

IMG_20161120_170100.jpg

Chcieliśmy dać się jeszcze do Sakkar i Tharkong Pagody, ale niestety wypływając o 12 było już za późno. Ominął nas także „5 day market”, ponieważ zamykany jest o tej porze.

Czy wycieczka po jeziorze to jedna wielka pułapka turystyczna? To fakt, że można zaważyć pełno sklepów ze srebrem, złotem, czy innych. Jest także  bardzo dużo restauracji, a powstaje ich jeszcze więcej. Sam rejs jest przyjemnością. Wiedziałam to już od chwili, kiedy łódź wystartowała i korytem rzeki kierowała się w stronę jeziora Inle. Wypłyniecie na szerokie wody tylko potwierdziły te odczucia. Wystarczy jeszcze jasno i wyraźnie dać panom do zrozumienia, czego oczekujemy oraz nastawić się na wyśmienitą zabawę.

Nyang Shwe i jezioro Inle

Nie chcąc podążać za wszystkimi turystami  już przed przyjazdem zaplanowaliśmy, co zrobimy. Plan był prosty – objechać jezioro dookoła rowerem. Dlaczego? Jezioro jest miejscem aż nazbyt turystycznym. Można wynająć łódkę i opłynąć jezioro, odwiedzając wszystkie atrakcje turystyczne nań umiejscowione. Dużo naczytaliśmy się o pozujących do zdjęć rybakach, wizytach w sklepach ze srebrem przy jeziorze i wielu innych pułapkach turystycznych. Jako, ze jesteśmy podróżnikami, uciekamy od takich miejsc. Byliśmy przygotowani na to, że możemy być rozczarowani.

dsc04574

Podczas podroży z Pindaya do Nyang Shwe dzieci nie nawoływały „hi” lub „bye”, jak zwykły to robić wcześniej. Wolały do mnie „money, money”. Na początku myślałam, że się przesłyszałam. Jednak po którymś okrzyku z kolei odkrzyknęłam oburzona „I don’t have money”. Później przemyślałam sytuację… Przecież to nie ich wina, zostały tak zaprogramowane przez rodziców. Przykre jest jednak to, że ta lokalna serdeczność z którą spotykaliśmy się wcześniej po prostu zanika.

dsc04619dsc04620dsc04625dsc04624

Przed wjazdem do Nyang Shwe należy uiścić opłatę w wysokości 12500 kyats (czyli ok. 40 zł). Po ok. 3 kilometrach na moście stoją właściciele łodzi poszukujący klientów na następny dzień. Co chwile ktoś zagaduje – „Płyniecie jutro po jeziorze? Ja mam łódkę! Zabiorę Was”.  Ponadto w miasteczku widzieliśmy 3 nowo powstające hotele. Turystyka cały czas rozwija się. Najgorętszy sezon jest właśnie teraz – od października do kwietnia. W Nyang Shwe roi się od turystów. To obowiązkowy punkt programu prawie każdej wycieczki do Birmy. Zamiast gar kuchni, są restauracje. Można tu zjeść pizzę, kanapki, kebab, naleśniki… jest wszystko to, czego w całym kraju nie znajdziemy. Oczywiście w większości w kosmicznej cenie, której także nie znajdziemy w innych zakątkach.

dsc04575dsc04586dsc04587dsc04590dsc04593dsc04594dsc04592

Porozmawialiśmy szczerze z jednym z właścicieli łodzi. Poinformował nas, że od dwóch lat jeszcze bardziej zwiększył się napływ turystów. Po raz kolejny spotykamy się ze specjalnym traktowaniem „foreigners”. Łódź może pomieścić 16-18 osób i lokalni rzeczywiście podróżują w taki sposób. Ile może zabrać turystów? Odpowiedz na to pytanie wynosi… 5! Tylko 5! Cena tez oczywiście też jest inna, o wiele wyższa i jest to regulowane przez rząd.

dsc04606dsc04610dsc04612dsc04613dsc04616dsc04617dsc04618

Dzisiaj przejechaliśmy 50 kilometrów dokoła jeziora wjeżdżając do kilku miejsc, nie tkniętych ani trochę przez turystykę. Rzeczywiście mieszkają tu ludzie w domkach na palach i przemieszczają się miedzy nimi na łodziach. Można znaleźć takie zakątki, lecz jest ich nie wiele. Życie toczy normalnie… Czy aby na pewno? Na zakończenie przytoczę słowa jednego z właścicieli lodzi. „More money but less happiness”.

dsc04627dsc04626dsc04629dsc04610dsc04613

Podczas porannej prawdziwej kawy (o którą w Birmie nie tak łatwo) dyskutujemy… Czy zostać na jeszcze jeden dzień i wybrać się na wycieczkę łodzią, czy też popedałować dalej do Kalaw – mekki trekkingowej. Ja chciałabym zostać…

„Mingalabar” Pindaya

Pindaya jest małym miasteczkiem położonym w stanie Szan przy jeziorze Boutalake. Słynie z jaskini, w której znajduje się 8 tysięcy posagów buddy we wszystkich pozach i rozmiarach. Zrobione z brązu, piaskowca, drewna i innych materiałów. Posagów takich i podobnych widzieliśmy podczas podroży wiele, bardziej zainteresowani byliśmy widokiem jaki rozpościera się z góry. Już daleka bowiem widać drogę prowadzącą do wnętrza groty. Można dostać się tam po długich schodach lub też podjechać mini ciężarówką, następnie skorzystać z widny. Nie muszę chyba pisać która my wybraliśmy opcje ;-).

dsc04541

dsc04542

Widok na miasto i jezioro był dość urokliwy. Podążając za słowami legendy… dawno, dawno temu w jeziorze pływały 4 księżniczki, które wielki pająk porwał i więził w jaskini. Uwolnił je bardzo odważny książę, który zabił okropnego pająka i pojął najpiękniejszą (a jakże by inaczej mogło być) z dam za żonę. Nie widzieliśmy żadnych księżniczek, książąt, ani też pająków. Za to widzieliśmy kilka kolejnych posążków buddy nie wchodząc nawet do środka.

dsc04540

Wróciliśmy trochę inna trasa, prowadzącą obok klasztoru. Co ciekawe, byliśmy jedynymi wędrującymi tamtędy turystami…  Zapewne wolą opcję windy połączonej z „podwózką”. Zeszliśmy do miasta polna droga. Mijaliśmy po drodze mieszkańców,  zajętych życiem codziennym, którzy pozdrawiali nas serdecznym „Mingalabar” /Menglaba/, co oznacza „Dzień dobry”.

dsc04569

dsc04567

Bardzo spontanicznie podjęliśmy decyzję o odwiedzeniu podstawówki znajdującej się przy tuż drodze. Weszliśmy do środka i siedliśmy w ławkach. Dzieci miały akurat przerwę i pałaszowały „ryżyk” ze swoich menażek. Patrzyły na nas i uśmiechały się ukradkiem, bardzo szybko przyzwyczajając się do naszej obecności. Nagle jeden chłopiec zapytał nas nieśmiało skąd jesteśmy… wtedy się zaczęło. Wszystkie dzieci zebrały się dookoła. Konsultując miedzy sobą każde pytanie i każdą odpowiedz. Rozumieliśmy się jako tako ;-). Wyszliśmy z ogromnymi uśmiechami na twarzy, gotowi skonsumować swoja porcje „ryżyku”.

dsc04556dsc04566dsc04560

Na koniec mała anegdotka… Nie pierwszy raz jesteśmy pod ogromnym wrażeniem inwencji twórczej Birmańczyków.

dsc00402

Prawej nogi mam nie myć, ale lewą już mogę… czy może odwrotnie?

dsc04539

Wolna od palenia, czy może wolno tu palić? Kto to wie…

Ponadto widzieliśmy na trasie liczne przykłady finezji językowej. Na przykład „Warmly well come” lub też „Welcoem”… czyżby się komuś literki poprzestawiały? Od dzisiaj będziemy kolekcjonować te i inne smaczki.

Przeprawa przez góry

Po nocy w klasztorze wyruszyliśmy wcześnie rano, ponieważ tego dnia mieliśmy do pokonania na oko 25 kilometrów w terenie „trochę bardziej górzystym” niż zazwyczaj. Pokonaliśmy 50 km przed owym podjazdem i zatrzymaliśmy się by spożyć drugie śniadanie, by nabrać nowych sił. Nagle pojawiła się jakaś pani wylewająca wodę na rowery i sugerująca byśmy obmyli twarze. Fakt, byliśmy trochę zakurzeni od jazdy szutrową drogą, ale wyglądało to dość komicznie… Po tym przedsięwzięciu zostaliśmy zaproszeni na obiad. Ryż i zestaw miseczek z dodatkami. Pychotka. Pani zachowywała się trochę jak babcia. Cały czas wskazywała na miseczki i sugerowała, byśmy dołożyli sobie jeszcze. Nasze brzuchy i tak były już pełne. Następnie pojawiła się rodzina i przyjaciele przemiłej pani. My w języku birmańskim nic, a pani do nas przemawia. Oni nic po angielsku… to żeśmy sobie trochę na migi pogadali ;-). Było miło, uśmiechy nie schodziły z twarzy wszystkich zebranych. Uwagę przykul nos Piotrka i moja dziecięca skóra. Jesteśmy przecież inni, a w takich miejscach nie często przebywają turyści.

dsc04512

Ok. 12 godziny ruszyliśmy dalej, by przed zmrokiem dotrzeć do miejscowości Ywangan. Na oko oceniliśmy jakieś 35 kilometrów do pokonania i trasę lekko górzystą. Na zdjęciu widoki po pierwszych 15 kilometrach w górach. Dobry początek…

dsc00393

Co się okazało później? Lekkie pagórki stały się sporymi górami z milionem zjazdów i podjazdów, a 35 kilometrów zamieniło się w 55. Właściwy podjazd zaczyna się w wiosce Myogi i konczy w Ywangan. Droga była bardzo ruchliwa, po części szutrowa. Tubylec zapytany, ile zostało nam do pierwszego miasta odpowiedział „three mountains”. Co jest grane? Rozważaliśmy, że może miał na myśli raczej „three miles”. Co to za miara – 3 góry… Pojechaliśmy dalej, wjechaliśmy na kolejny szczyt i znów to samo. Niekończąca się droga, mgła i dżungla. Słonce chyliło się ku zachodowi. Przez myśl przechodził już tylko nocleg w namiocie i wspinanie się na szczyt od samego rana…  jednak instynkt samozachowawczy zadziałał. Ludzie z ciężarówki machają, no to ja im też. Tylko, że w trochę inny sposób typu „zabierzcie nas ze sobą”. Podziałało!  Rowery załadowane i zabezpieczone. My także na pace… oczywiście „safety first”. Podróżowaliśmy w kaskach ;-).  Było bardzo zimno i szutrówka dała o sobie znać – „wytrzepało” nas porządnie… Mimo zmęczenia byliśmy bardzo szczęśliwi, że znajdziemy nocleg w miasteczku, nie w lesie. Cala podróż trwała ok 1,5 godziny i rzeczywiście były to wspomniane wcześniej „3 góry”. Wczoraj pokonaliśmy 80 kilometrów na rowerach i dodatkowe 25 na pace ciężarówki.

Dzisiejszego dnia dotarliśmy do Pindaya. Trasa z Ywangan to 80 kilometrów – tym razem na prawdę po mniejszych i większych górkach, cały dzień spędzony na podjazdach i zjazdach. Krajobraz za to sielankowy i co najważniejsze… żadnych trąbiących tirów na trasie.

dsc04513DSC00400.JPG

Amarapura U Bein Bridge i nocleg „U mniszek”

Opuszczając Mandalay pojechaliśmy zobaczyć najdłuższy na świecie most tekowy na jeziorze Taungthaman – 1.2 km. Fakt, że było tam wielu turystów jak zwykle trochę mnie odstraszył. Mimo wszystko most zrobił na nas duże wrażenie. Żałowaliśmy tylko, że nie mamy czasu zostać i podziwiać zachodu słońca w tym miejscu.

dsc04509

dsc04506

Pojechaliśmy dalej. Gdy zaczęło się ściemniać, postanowiliśmy zapytać o nocleg w świątyni. Udało się! Co ciekawe, pierwszy raz odwiedziliśmy żeński klasztor (mieszczący się tuż przy męskim). Mniszki golą głowy i noszą różowe szaty. Od Pań aż promieniowała dobroć serc. Akcja przebiegła jak zazwyczaj, otrzymaliśmy pozwolenie na nocleg, a w czasie rozpakowywania bagażu zjawiła się ekipa anglojęzyczna. Były to dwie dziewczyny – siostry, które potrafiły „coś” powiedzieć oraz ich rodzina. Dowiedzieliśmy się od nich, iż mniszki nazywają się „hsayale” \hilaszi\. Nie są prawdziwymi bhikkhunī, ponieważ oryginalna linia mniszek po prostu przestała istnieć. Od mnichów, rożni je fakt, że zbierają jedzenie tylko raz w tygodniu (mnisi dwa razy każdego dnia) i same gotują dla siebie. Wręczając coś mnichowi człowiek gwarantuje sobie odrodzenie się w świecie niebiańskim lub w ludzkim jako osoba bogata, szczęśliwa itp. Ofiarowanie czegoś mniszce nie daje takiej gwarancji… dlatego też kobiety są bardziej poszkodowane. Hsayale z tej wioski jednak są w dobrej sytuacji. Bez wątpienia maja wsparcie lokalnej społeczności, którą udało nam się poznać. Poza tym, jak wspomniałam, klasztor żeński, mieści się przy męskim i z tego co zaobserwowaliśmy buddyści pomagają sobie.

dsc04511

Mały bonusik. Główny dworzec autobusowy w Mandalay;-). Robi wrażenie?

dsc00382

Zmiany logistyczne

Trasa z Keng Tung do Tachilek jest zamknięta dla turystów. Asfalt jest, ale niestety nie możemy tamtędy przejechać ze względu na… nasze bezpieczeństwo. Jest to strefa militarna. Ahh… gdybyśmy sprawdzili to wcześniej. Pozostały nam dwie opcje. Samolot z Mandalay do Tachilek za 130$ lub przejazd powrotny do Mae Sot. Moglibyśmy wtedy zwiedzić Yangon, który nie był na naszej trasie. Następnie popedałować do Tajlandii by stamtąd bezpośrednio wjechać do Laosu. Pociąg do Yangon (jakieś 540 km) kosztuje… niecałe 4$. Do podanych cen należy doliczyć jeszcze opłatę za przewóz rowerów.

Plan jest więc następujący. Pedałujemy z Mandalay do Kalaw, Pindaya i nad jezioro Inle – zwiedzamy. Następnie obieramy kierunek na Thazi (miasto na trasie pociągu). Koleją docieramy do Yangon’u. Zostajemy tam chwilę by obejrzeć miasto i wracamy do Tajlandii na rowerach przez odwiedzone już wcześniej miasteczka takie jak Pegu, Pha-An, Mywaddy i ostatecznie Mae Sot. Jak ja nie lubię wracać ta sama droga… ale cóż, wystąpiły niezależne od nas przeciwności los.

mapa