Vang Vieng

Miasteczko na trasie do Vientian’u, owiane swego czasu sławą narkotykowej stolicy Laosu. Kiedyś wybierali się tu przede wszystkim backpakerzy rządni imprezy, dzisiaj jest inaczej. Przyjeżdżają tu także zwykli turyści, rodziny z dziećmi, dla których magnesem są walory naturalne rejonu – liczne jaskinie, błękitne laguny.

Można tu także spędzać czas bardzo aktywnie, co też zrobiliśmy.  Planowaliśmy zostać tylko 2 dni, jednak zabawiliśmy dłużej z powodu mojej kontuzji kolana oraz kilku ciekawych atrakcji z których postanowiliśmy skorzystać.

Już niedługo podsumowanie w postaci filmiku! 🙂

  1. Pływanie kajakiem

2. Zwiedzanie jaskini w dość nietypowy sposób 😉

3. Eksploracja jaskiń

4. Tyrolka i mosty podwieszane

5. Lot balonem o wschodzie słońca

6. Lot paramotorem

 

 

Reklamy

Pedałujemy z Luang Prabang do Vang Vieng

Mieliśmy do wyboru dwie trasy: nową drogę szybkiego ruchu (180 km), dawną trasę przez góry (240 km). Wybraliśmy oczywiście tę drugą opcję. Pierwszego dnia pokonaliśmy 80 kilometrów i był to właściwie niekończący się podjazd. Pedałowaliśmy prawie 8 godzin, odliczając przerwy. Spaliśmy w małej wiosce na szczycie góry, do której dotarliśmy dawno po zachodzie słońca. Następnego dnia dotarliśmy do miasteczka Kasi, od którego dzieliło nas 100 kilometrów. Pierwsza połowa – podjazd, druga – zjazd. Było warto! Zdjęcia poniżej nie potrafią tego do końca odzwierciedlić.

Dzisiejszy poranek przywitał nas deszczem, pokonaliśmy ostatnie 60 kilometrów do Vang Viengu. Zostaniemy tu na chwilę, by trochę pozwiedzać.

Luang Prabang – Almsgiving i Kuang Si Waterfall

Almsgiving

Codziennym porannym zadaniem mnichów jest zbieranie jałmużny. W centrum Luang Prabang wydarzenie to, stało się atrakcją turystyczną aż do tego stopnia, ze miejscowi sprzedają ryz turystom, by także mogli obdarować mnichów. Jednak można zaobserwować niczym nie zmącona zbiórkę, w mniej popularnej dzielnicy miasta, tuz za rzeka. Mnisi zbierają dary medytując w marszu. Można ofiarować wszystko, jednak wierni najczęściej ofiarują jedzenie – wrzucają po kulce kleistego ryz do miski przewieszonej przez ramie buddysty.

Wodospad Kuang Si

Znajduje się około 30 kilometrów od Luang Prabang, trasa prowadzi przez okoliczne wioski. Po zaparkowani rowerów przedarliśmy się przez gęstą dżunglę prosto do oficjalnego wejścia.

Mijamy najpierw Sanktuarium dla azjatyckich niedźwiedzi ocalonych z rąk kłusowników oraz handlarzy. Zwierzęta te sprzedawane są w Chinach i tam męczone tylko po to, by zdobyć żółć potrzebną do produkcji leków.

Kierując się do właściwego wodospadu spacerujemy widząc wiele małych  zatoczek. Jest pięknie! Wspinamy się także do samego źródła Kuang Si. Wbrew pozorom nie ma tutaj zbyt wielu turystów, nie wszystkim zapewne chce się wchodzić na górę w taką pogodę.

Laos

Dnia 7 grudnia znaleźliśmy się na przejściu granicznym Chiang Khong / Huay Xai. Cala „papierkowa robota” odbyła się bardzo szybko. Na wizę czekaliśmy jakieś 5 minut! Inne ciekawostki? Aby przedostać się z rowerami do Laos musieliśmy zdjąć wszystkie sakwy i zapakować rowery do autobus. Most Przyjaźni ma przecież aż… 3 kilometry (a może nawet mniej). Rozumiemy jednak doskonale, że przecież wszystko dla naszego bezpieczeństwa ;-). Koszt 5 minutowej przejażdżki wynosi 25 baht za osobę oraz dodatkowe 100 baht za rowerek. Więcej czas zajmuje nam rozmontowanie misternej konstrukcji bagaż na naszych rowerach i zapakowanie wszystkiego do autobus niż sam transfer. Cóż… safety first!

No dobra… wjechaliśmy do Laos, ale przecież mieliśmy płynąć. Wszystko w swoim czasie. Kilka kilometrów za przejściem granicznym, w małym porcie przesiedliśmy się na pokład tradycyjnej laotańskiej lodzi, która przez ostatnie 2 dni pokonała 300 kilometrów Mekongiem. W trakcie rejsu zatrzymaliśmy się kilka razy by zwiedzić nadrzeczne wioski oraz jaskinie Pak Ou, a także nocny przystanek w Pak Bangu. Tuż po śniadaniu wyruszyliśmy dalej, by jeszcze przed zachodem słońca dopłynąć do Luang Prabang.

Wspaniały początek naszej przygody w Laosie! Cóż o samym Luang Prabang? Do roku 1975 było stolicą Laosu. Zostało wpisane w rok 1995 na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO. Znajdują się tutaj pięknie oświetlone w nocy kamienice oraz tradycyjne laotańskie domostwa i świątynie buddyjskie.
Odpuściliśmy sobie zwiedzanie kolejnych Watów, za to pospacerowaliśmy po urokliwym miasteczku. Mimo, że jest bardzo ładnie, czas się pożegnać i zobaczyć prawdziwy Laos, a nie jego turystyczną część. Najpierw udamy się do Nong Khiaw, górskiej wioski, by pospacerować po okolicznych górach.

Trzy kolory Chiang Rai

Chiang Rai to małe, urokliwe miasto. Przemierzając rano wąskie uliczki cieszyliśmy się spokojem. Turyści kręcą się tylko obok dwóch największych atrakcji – Białej Świątyni i Czarnego Domu. Można jednak odnaleźć tu jeszcze jeden kolor – Niebieską Świątynię, która nie jest już tak znanym obiektem. Pierwsza z atrakcji (Biała Świątynia) znajduję się na drodze wjazdowej do miasta od strony Chaing Mai.

Wat Rong Khun / White Temple / Biała Świątynia

Jest to współczesna  budowla. Budowa została rozpoczęta w rok 1997 i nadal trwa. Projektantem jest Chalermchai Kositpipat, który oszacował iż projekt zostanie zakończony po jego śmierci. Przemierzając Tajlandię i Birmę widzieliśmy już sporo Kompleksów Świątyń, jednak żaden z nich nie przypominał tego, co zobaczyliśmy. Obiekt jest śnieżnobiały, z elementami srebra pobłyskującego w słońcu. Wygląda zjawiskowo. Ponadto dopracowana jest w każdym calu pod względem szczegółów dopełniających całości. Jest to bez wątpienia punkt warty odwiedzenia.

Baandam Muzeum / Black House / Czarny Dom

Jest to kompleks budowli udekorowanych szczątkami zwierząt. Kompleks wykonany jest z drewna. Na jego terenie jest pełno czaszek, rogów, skór… brrr. Artysta, dr Thawan Duchanee zamieszkuje na terenie kompleksu i jest znajomym projektanta Białej Świątyni.

Wat Rong Sue Ten / Blue Temple / Niebieska Świątynia

Najpiękniejsza i chyba najmniej znana… Turyści? Tylko Tajlandczycy! Najładniejsza świątynia jaką widziałam (do tej pory). W środku nie zobaczymy kolejnego złotego buddy. Posąg jest biały i pięknie komponuje się z błękitnym wnętrzem, w którym panuje spokój… słychać relaksacyjną muzykę, a wierni siedzą na dywanach i modlą się.

 

Odpoczęliśmy w bambusowej chatce. Było sielsko i anielsko… tak właśnie spędziliśmy Mikołajki. Mikołaj też był łaskawy, przybył z kiścią bananów. Dostarczył je jednak 7 grudnia do Chok Chai (wioska oddalona ok. 50km od granicy z Laosem). To pewnie dlatego, że jesteśmy za daleko od domku. Zrobiliśmy małe pożegnanie z Tajlandią, ponieważ już jutro wjeżdżamy do Laosu… a może lepiej napisać – wpływamy? O tym w następnym raporcie  😉 .

Chiang Mai

Gdyby ktoś zapytał mnie, które z większych miast odwiedzić w Tajlandii – Bangkok, czy Chiang Mai – bez chwili zwątpienia odpowiedziałabym: CHIANG MAI. To miasteczko ma swój rok. Są tutaj turyści, ale nie jest to aż takie przytłaczające. Wszędzie czuć zapach świeżo parzonej kawy. Markety z jedzeniem kuszą zawartością. Nie da się  być głodnym. Noodle, ryż, curry, klejący ryz, lokalne słodycze – to kręci najbardziej. Poza tym są oczywiście miejsca z europejską kartą dań, ale takich moje oczy nawet nie rejestrują ;-). Jeden mały wyjątek… Stoisko na którym sprzedawane były ryby, ropuchy i jakieś wodne węże. ŻYWE! Ruszały się jeszcze w wiadrach z woda. Okropieństwo. Tajowie rzeczywiście kupują te stworzenia. Ohh… wróćmy lepiej do innych pyszności – byle szybko! Zwiedziliśmy nocne markety, markety przy bramach, Waroros Market. Poza tym błądziliśmy umyślnie po liczkach przypatrując się czym jeszcze zaskoczy nas miasto…

Wat Chedi Lang Worawihan

Powstała w XIV wiek znajdująca się w samym centrum miasta. Miejscowi twierdzą, iż mieszka tu duch, który pilnuje, by w mieście panował spokój. Kolejnym z jego zadań jest zapewnienie deszczu o odpowiedniej porze rok. Postać ta cieszy się wielkim szacunkiem rolników. Mieści się tutaj także  największa chedi w Chiang Mai, licząca 98 m wysokości i szeroka na 54 m.

Wat Phra Singh

Najcenniejszy zespól świątyń w mieście. Wat wzniesiono w 1345 rok. Znajdują się tutaj manuskrypty, które są zapisane na liściach palmowych oraz malowidła na ścianach przedstawiające życie codzienne Tajów.

Wat San Dok

Znajduje się tutaj 48-metrowa złota chedi w kształcie dzwonu oraz 4,7 metrowa statua buddy wykonana z brązu. Jest to zespól świątyń połączony z ogrodem kwiatowym.

Wat Lok Molee

DSC04826.JPG

Wat Chiang Man

Wat Chiang Man to najstarsza ze wszystkich świątyń w mieście, wzniesiona w 1296 r. Bardzo chciałam ją odwiedzić ze względu na klimatyczną chedi, wzniesioną na posagach 17 słoni. W świątyni  przechowywane są figurki buddy, ponadto krążą legendy, ze kryształowa  Phra Setangamani na terenie kompleksu ma moc wywoływania deszczu.

 

(…) a na koniec Piotrek w towarzystwie shemales.

dsc04879

Trochę było cicho…

Na blogu oczywiście. Bo zwiedzamy, oj zwiedzamy. Co zwiedzamy? Chiang Mai.

Krótkie streszczenie podróży przedstawiam poniżej.

Kalaw – Thazi – Pha-an – Mae Sot

Z Kalaw popedałowaliśmy do Thazi. Było to 95 kilometrów z czego pierwsze 30 to zjaaaaaazd, następnie małe pagórki i płasko… Birma oddała wszystkie podjazdy które pokonaliśmy. W Thazi zapakowaliśmy cały majdan do pociągu i klasą „ordinary” (a raczej extra ordinary ;-)) pojechaliśmy do Pago. Podróż trwała ok. 10 godzin. Siedzieliśmy w wagonie z drewnianymi siedziskami… Pewien Pan, siedzący obok nas porozmawiał z nami chwile po czym powiedział: „Ok, I’m going to sleep”… po czym zsunął się powoli ze swojej ławeczki, by położyć się pod siedzeniami na skrawku gazety opierając głowę o swoja torbę albo lepiej – worek podróżny. Nie było to nic dziwnego, w całym wagonie spało tak kilkanaście osób. Było zimno, włożyliśmy na siebie prawie wszystkie cieplejsze brania. Dotrwaliśmy do 5 rano by ujrzeć Pago tuż po wschodzie słońca. Zjedliśmy szybkie śniadanie i popedałowaliśmy dalej. Po nieprzespanej nocy pokierowaliśmy się do Pha-an i tam spędziliśmy noc. Dopiero wieczorem poczuliśmy jak zmęczyła nas podróż pociągiem. Rozłożyliśmy się w świątyni i od raz zasnęliśmy. Następnego dnia rozpoczęliśmy swoją podróż do przejścia granicznego Myawaddy/Mae Sot… strasznie nam się dłużyło, ponieważ wracaliśmy ta sama drogą, którą wjeżdżaliśmy 26 dni wcześniej do Birmy….

Birma – podsumowanie

Spędziliśmy w Birmie 26 dni, wróciliśmy do Tajlandii 4 dni przed końcem ważności wizy. Bardzo dobry czas biorąc pod uwagę nasze kilkudniowe „wakacje” nad jeziorem Inle ;-). Przekroczyliśmy granicę z 2810 kilometrami przejechanymi ogólnie i 1690 w samej Birmie.

Stare, dobre Mae Sot powitało nas radośnie pysznymi lodami (podwójną porcja ;-)). Kolejny raz poczuliśmy ogromny przeskok miedzy Birmą a Tajlandią. Tutejszy przepych nie ma nic wspólnego z tym, co widzieliśmy poza granicą. Nawet w dużych miastach widać było  po prostu biedę. Co łączy te dwa kraje? Bez wątpienia ludzie – wciąż otwarci i pomocni.

DSC04800.JPG

Mae Sot – Thoen – Chiang Mai

Na  drodze z Thoen do Chiang Mai coś nas podkusiło, żeby pojechać autostradą… Byliśmy przyzwyczajeni do podróżowania „asian highway” w Birmie, która wcale autostradą nie była; w Polsce uchodziłaby raczej za drogę wojewódzką. W Tajlandii droga szybkiego ruchu wygląda jednak nieco inaczej. Mnóstwo ciężarówek, samochodów… jechało się bardzo nieprzyjemnie, więc postanowiliśmy ukrócić swoje cierpienia 😉 i złapać stopa. Zatrzymaliśmy się na małym zjeździe restauracyjnym… Kilkanaście minut później siedzieliśmy z rowerami na pace pick-upa. Do Chiang Mai mieliśmy już tylko 40 kilometrów, wiec szybko się tam znaleźliśmy. Zrobiliśmy późno-popołudniową rundkę po mieście, znaleźliśmy nocleg, by następnego dnia rozpocząć zwiedzanie.