Wietnamczycy jedzą psy

Będąc w Wietnamie nie można przemilczeć faktu, iż spożywa się tutaj mięso z psa. Temat dość kontrowersyjny. Mięso spożywane jest najczęściej pod koniec miesiąca – by zapewnić sobie dobrobyt w dopiero nadchodzącym. Dania z psa popularne są szczególnie na północy, kiedyś zamieszkiwali ten teren ludzie biedni, dla których było to najbardziej dostępne mięso. Psy nie miały tutaj statusu zwierzęcia domowego… raczej obronnego bądź też ‘’hodowlanego’’. Teraz już to się zmienia, lecz w biedniejszych rejonach biegają obok domów tak samo jak kury i świnie. Kiedy przychodzi na nie pora, są po prostu zabijane i spożywane. Pomińmy już fakt w jaki sposób, bo samo ich jedzenie jest wystarczająco odrażające.

Nie wszyscy Wietnamczycy konsumują psinę, tak jak nie wszyscy Europejczycy drób. Każdy jednak w swoim życiu na pewno nie jeden raz miał okazję spożywać ten rodzaj mięsa. Na początku miałam małą obsesję… będąc w pewnej wiosce zostaliśmy poczęstowani samogonem i zupą z kawałkami mięsa – na zagrychę. Był to pierwszy raz, kiedy nie mogłam się przemóc, by nawet z grzeczności włożyć to do ust i przerzuć. Bałam się, iż to biedny piesek – akurat tam biegało ich sporo i akurat tam przeprowadziliśmy wywiad na ten temat. Samogon wypiłam, a zupę i mięso – niepostrzeżenie oddałam. Później dowiedziałam się, ze ponoć nie był to pies… ale wszyscy którzy mnie znają, wiedza jaki mam stosunek do spożywania mięsa…Mimo tego, nie uważam Wietnamczyków lubiących to danie za potwory. Urodzili się i wychowali w kraju, gdzie jedzenie psiny jest tak samo normalne jak jedzenie drobiu w Europie.

Co kraj, to obyczaj.

Potworami jednak są osoby, które porywają te zwierzęta, by sprzedać je i na tym zarobić. Wabią psa (który często posiada właściciela) jakimś przysmakiem naszpikowanym środkiem odurzającym. Dowiedzieliśmy się o tym odnowo poznanej koleżanki. Dziewczyna kiedyś często spożywała psinę, ale zaprzestała by nie wspierać tego biznesu – jest to jeden z powodów dla którego konsumpcja mięsa spada.

Na zdjęciu lokal z wiadomą kuchnią oraz niczego nieświadomy, ciekawski kundelek.

dsc07015

Jak unikamy psiny? Ja ogólnie unikam mięsa, ale nie chciałabym nawet siedzieć obok przy stoliku, gdzie pan starszy Wietnamczyk spożywa pieska. Piotrek też raczej nie reflektuje na ten rodzaj. Jadłodajnie specjalizujące się w takich posiłkach naprawdę nie czają się za każdym rogiem. Po prostu go nie zamawiamy i nie wchodzimy tam, gdzie jest serwowane.

Reklamy

Następny przystanek – Dalat

Znowu długo nas nie było 😉 Musieliśmy trochę popedałować, by w końcu dotrzeć do miejsca kolejnego małego przystanku. Trasa była płaska. Ostatnie dwa dni to górska przeprawa – odcinek ok. 170 kilometrowy. Podjeżdżaliśmy na wysokość Śnieżki, a nawet wyżej! Pierwszego dnia wyruszyliśmy dość późno, co poskutkowało tym, że kilkudziesięciokilometrowy podjazd zakończyliśmy o zmroku w miejscu bliżej nie określonym. Ciemno, mgła… jakoś wybrnęliśmy z sytuacji (nocleg w niebieskim baraku – zdjęcia). Poniżej fotografie z trasy. Jesteśmy już w Dalat, mieście położonym na wysokości 1500 – 2000 m n.p.m. Zasłużony odpoczynek rozpoczęty 😉

Sanktuarium My Son

Dużo ostatnio zwiedzamy miejsc, które znajdują się na Liście Dziedzictwa Kulturowego UNESCO (wpisano w roku 1999). Zespól świątyń hinduistycznych My Son – Ziemia Święta – także. Współcześnie jest to opuszczone miejsce, otwarte dla turystów. Jest to pozostałość po Sanktuarium Czamów datowanego na wiek IV – XV. Kiedy Wietnamczycy zajęli ten teren w roku 1471 miejsce na jakiś czas pozostało zapomniane. W roku 1989 odkrył je na nowo francuski myśliwy. Położone w dżungli, zapomniane świątynie musiały wyglądać bardzo tajemniczo. Wtedy też zainteresowali się nimi archeolodzy i rozpoczęto badanie terenu. W czasie wojny większość budowli została zrównana z ziemią. Po wojnie rząd wietnamski postanowił odrestaurować to miejsce. Kto podjął się prac konserwatorskich? Kazimierz Kwiatkowski. Nie była to prosta sprawa, ponieważ do dzisiaj nie wiadomo jak Czamowie połączyli cegły. Nie ma cementu – cegły zlewają się w zwarta ścianę. Krążą pogłoski, ze sklejali ja za pomocą żywicy. Są to jednak tylko pomysły ponieważ projekt polskiego architekta zakładał odrestaurowanie budowli w ten sposób… nie wygląda jednak tak samo jak te pierwotne. Prace zostały dokończone przez francuski zespól architektów, którzy kontynuowali projekt Pana Kazimierza.

Klimat Hoi An

Stare miasto wygląda bajecznie, zamknięte jest także dla skuterów, dzięki czemu można spokojnie pospacerować się by zgubić się pomiędzy starymi budowlami. Ze względu na to, że był to kiedyś największy port w południowo-wschodniej Azji miasteczko to mieszanina stylu japońskiego, chińskiego i wietnamskiego… wszystko jednak współgra ze sobą tworząc spójną całość. Miasteczko jest bardzo klimatyczne, szczególnie po zmroku gdy jest oświetlone lampionami w przeróżnych kolorach.

W latach 90-tych miasto pozostawione samo sobie było w tragicznym stanie. Władze Wietnamu chcieli je nawet zburzyć i wybudować tu bloki mieszkalne. Ponoć w Sajgonie właśnie zburzono właśnie 200-letni kościół, by postawić centrum handlowe. Ciekawa praktyka. Jednak stare miasto Hoi An zostało ocalone przez naszego rodaka – tego samego, który Zakazane Miasto w Hue. Pan Kazimierz Kwiatkowski przekonał władze do zmiany zdania. To dzięki niemu miasto zostało wpisane na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Wszyscy znają i doceniają Kazika.

To właśnie tutaj oddaliśmy się wietnamskiej rozpuście… Rundka spacerowa po mieście, a do tego 12 pozycji dań do spróbowania. Nauczyliśmy się nawet, jak robić własne spring rollsy albo może (skoro już niebawem tam zmierzamy) sajgoooonki ;-). Piotrek zjadł Baluta, czyli ugotowane jajo kacze, w którym znajduje się w pełni już uformowany zarodek małej kaczuszki. Zjadł ją w całości, z dzióbkiem. Uczta zakończyła się wietnamskim samogonem, czyli winkiem na ryżu serwowane przez panią domu… i znowu jakiś Sajgon, tym razem piwko takowej marki.

Chyba musimy jechać dalej… spalić te kalorie 😉

Trasa z Hue do Hoi An

Nadal mamy zimę. Codziennie ostatnio pada deszcz. Nasila się szczególnie w te dni, kiedy mamy do zrobienia sporo kilometrów… i tak jedziemy sobie tylko troszkę przemoczeni. Tak też przemierzaliśmy trasę z Hue do Hoi An i straciliśmy przez to cudowne widoki na podjeździe Hai Van Pass, czyli ‘chmury wpadające do oceanu’. Po swojej prawej mieliśmy Ocean Spokojny, po lewej piękne góry, nad nami niebo i chmury… które zasłoniły wszystko i sprawiły nam dodatkowo zimny prysznic. Na szczycie rozgrzaliśmy się wietnamska kawa, która swoja droga jest przepyszna. Zdjęcia z początku podjazdu – kiedy jeszcze ulewy nie było.

Następna ‘‘atrakcja’’ to Danang – największe miasto w środkowym Wietnamie… przez które jechaliśmy… jechaliśmy… jechaliśmy… aż w końcu wyjechaliśmy ;-). Nie lubię wielkich miast. Około 25 kilometrów za metropolia wyrosły Marmurowe Góry. Jest to 5 bloków skalnych wznoszących się nad płaskim terenem. Każda góra to inny żywioł – Woda, Ziemia, Powietrze, Ogień, Drewno. Można zwiedzać wszystkie, my wspięliśmy się na tę, na której znajduje się najwięcej atrakcji. Co wodna góra miała do zaoferowania? Po pierwsze… strome marmurowe schody, które jak na sportowców przystało pokonaliśmy raz-dwa. Na szczycie znajduje się wiele świątyń, a także jaskiń i jeszcze więcej marmurowych schodów ;-). Droga do nieba? Schodów tam już nie ma, trzeba przecisnąć się przez szczeliny w skalach i wspiąć na szczyt.

Wieczorem dojechaliśmy do Hoi An. W miasteczku zabawliśmy kilka dni…

Hue – dawne miasto cesarskie

Miasto cesarskie to kompleks do dziś zachowanych kilkudziesięciu budynków. Do zakazanego miasta mieli wstęp tylko: cesarz i jego konkubiny, eunuchowie i dzieci. Rok 1947 to nieprzyjemny czas ponieważ w pożarze spłonęło aż 150 cesarskich budowli. Cytadela Hue została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO dopiero w roku 1993 i od tamtego czasu trwają tu prace renowacyjne. Co ciekawe rozpoczęły się pod kierownictwem Polaka – Kazimierza Kwiatkowskiego, nazywanego przez Wietnamczyków ‘Kazik’. Bardzo jesteśmy dumni, że wszyscy tu wiedzą gdzie leży Polska.

Zdecydowanie większa część to odnowione budowle, ale używając wyobraźni można przenieść się dawne czasy do krainy cesarstwa wietnamskiego. Do kompleksu należy także pałac Thai Hoa z czerwonymi kolumnami  oraz złotymi dekoracjami. Niestety… wewnątrz pałacu nie można było robić zdjęć.

Co ciekawe, na terenie całego kompleksu czai się pułapka turystyczna, za kilkanaście dolarów można przebrać się w ciuchy monarchy i pozować do zdjęć na tronie. Zdjęcia z królowa kosztują więcej, a z kilkoma Paniami jeszcze więcej. Władcy posiadali żonę, zwana ‘szanowna dama’ oraz niezliczone ilości konkubin – które zona chcąc nie chcąc musiała tolerować. Zaraz po cesarzu najważniejsza rolę pełniła nie żona, lecz matka. Dla przykładu monarcha Minh Mang spłodził 142 dzieci.

Wszyscy cesarze budowali dla siebie ogromne grobowce, które także odwiedziliśmy. Odwiedziliśmy ten, gdzie spoczywa Minh Mang oraz Khai Ding. Są rozmieszczone dokoła miasteczka. Wszystkie zaprojektowane z zasadami feng shui.

Nie mogło także zabraknąć naszej ulubionej atrakcji – bo przecież tak mało Pagód i Świątyń widzieliśmy podczas naszej wyprawy przez Azję. Oto ona… Pagoda Thien Mu.

Zwiedzanie Hue zakończyliśmy rejsem po Perfumowej Rzece przyglądając się jak miasto moknie w deszczu. Przepłynęliśmy pod mostem zaprojektowanym w pracowni Eiffela.

Tunele Vinh Moc

Kompleks tuneli cywilnych, które w trakcie wojny zostały ulokowane na granicy północnej i południowej części Wietnamu. Podczas wojny służyły jako schronienie dla mieszkańców okolicznych wiosek. Ukrywało się w nich kilkaset osób przez okres 6 lat. Kompleks posiada aż 3 piętra: pierwsze do 10 metrów, drugie 10-15 metrów i trzecie 15-23 metry pod ziemią. Amerykanie wynaleźli bomby, wwiercające się głęboko stąd te trzy piętra. Było tam duszno i klaustrofobicznie. Niewiarygodne, że ludzie spędzili tam kilka lat! Znajdował się tam pokój wspólny, kuchnia i tylko jedna łazienka (na ok. 600 osób). W podziemnym szpitalu urodziło się siedemnaścioro dzieci, które dzisiaj są już dorosłe i żyją w mieście obok. Chcieliśmy się spotkać z takim człowiekiem, jednak wymaga to złożenia wniosku i wcześniejszego spotkania z przedstawicielami rządu.

Następnie odwiedziliśmy granicę dwóch stref wpływów za czasów wojny. Oddzielone były słynną linią DMZ, biegnącą wzdłuż rzeki Ben Hai. Odwiedziliśmy most Hienh Luong łączący dwie strefy: Północną Demokratyczną Republikę Wietnamu pod przywództwem komunisty Ho Chi Minh’a oraz Południową, na której czele stał ostatni cesarz z dynastii Nguyen – Bao Dai.

Porozumienie ponad podziałami.

dsc06469-kopia