One night in Bangkok, czyli relacja z trasy

Na sam początek małe podsumowanie Kambodży. Jest to kraj ludzi o wielkich sercach. W Azji spotykamy takie osoby, ale tu nabiera to szczególnego znaczenia. To, co ich spotkało wcale nie sprawiło, że zmienili swój sposób bycia. Są bardzo otwarci i szczęśliwi mimo, iż niemal każdy może opowiedzieć jak wyglądała jego historia lub też co przydarzyło się jego rodzicom/dziadkom w tym okropnym czasie. Oni wciąż pamiętają – takich rzeczy nie da się ot tak wyrzucić z pamięci, zapomnieć… Potrafią jednak zrobić coś, co jest trudne dla, niekiedy nawet nieosiągalne dla wielu ludzi… Całe zło jakie ich dotknęło, potrafią obrócić to w dobroć i przekazywać tę dobroć dalej.

Ostatnie dni w Kambodży to pedałowanie z Siem Reap do przygranicznego miasteczka  – Aranyprathet.  Jako, że (jak byliśmy przekonani) kolejna wiza do Tajlandi, uprawni nas do wjazdu na jej teren tylko na 15 dni, ostatnią noc spędziliśmy w świątyni. Dotarliśmy tam około godziny 15, więc mogliśmy spokojnie przekroczyć granicę i pojechać dalej… Nie chcieliśmy tracić jednak ani jednego dnia jazdy. Następnego dnia wjechaliśmy do Tajladnii. Pieczątka w paszporcie – wiza na miesiąc… Jakież było nasze zdziwienie. Myśleliśmy nawet, że ktoś się pomylił na naszą korzyść bo przecież zawsze mamy takie szczęście w Azji. Prawda jest jednak taka, że zmieniły się przepisy w roku 2017. Mamy dodatkowy czas, który na pewno dobrze wykorzystamy. Kolejna destynacja? Bardzo malownicza wyspa…  Na razie szczegóły zachowam dla siebie 😉

Z tajskiego miasteczka przygranicznego Poipet, pokierowaliśmy się w stronę Bangkoku. Od razu widać różnicę pomiędzy Kambodża – asfalt gładki, przemieszczamy się ‘z prędkością światła’. Dotarliśmy – zatoczyliśmy koło… To właśnie w stolicy Tajladni dnia 13 października rozpoczęliśmy swoja przygodę. Pomimo, iż jest to dla mnie zbyt kosmopolityczne miasto, które w normalnych okolicznościach wcale nie wzbudziłoby mojej sympatii – zawsze będzie sentymentalne. W Bangkoku znajdujemy nocleg w świątyni, bardzo bogatej świątyni. Nasz prywatny ranking opisuje takie miejsca jako ‘Szeraton Wat’ ;-). Pomieszczenie w którym zostaliśmy ugoszczeni przez mnichów jest klimatyzowane i dodatkowo wyposażone w wiatraki. Mamy tu prywatna łazienkę i aneks kuchenny – lepiej niż w niejednym hostelu. Jest to kolejna rzecz, która poróżnia tajskie waty od tych w Kambodży, Birmie, Laosie i Wietnamie. Po tej nocy popedałowaliśmy dalej… 40 kilometrów przedzieraliśmy się przez miejska dżunglę, następne 60 kilometrów jechaliśmy po autostradzie. Malowniczo nie było, że tak powiem. Dotarliśmy do miasteczka Amphawa, zwiedziliśmy prawdziwe pływające markety, skosztowaliśmy tutejszych przysmaków i nogi porwały nas dalej aż do Phetchabouri.  Jest to mała spokojna miejscowość, która słynie z tego, iż toczy się tu prawdziwe życie. Nie jest miejscem zaprogramowanym dla turystów. Dla Tajlandczyków, jest to przystanek drodze do nadmorskich resortów – serwują tu pyszne jedzenie… choć wg mnie pyszne jedzenie w Tajlandii znaleźć można w co drugiej przydrożnej gar kuchni ;-). Jutro jedziemy dalej – nad morze do Hua Hin. Nie zapomnę na pewno ‘’poczęstować’’ zdjęciami z pięknej plaży ;-).

dsc03861

Reklamy

Imperium Khmerskie – Angkor Thom

Zwiedzanie największego na Świecie kompleksu świątyń rozpoczynamy od tej najsłynniejszej. Wstajemy jeszcze przed świtem by zobaczyć powolny wschód słońca nad Angkorem. Zjawiskowo!

dsc07699

Następnie spacerujemy po jej terenie. Jest naprawdę rozległa…

Kolejna świątynią jest Ta Prohm, którą powoli pochłania dżungla… to własnie to miejsce, które można podziwiać we wszystkich folderach reklamowych traktujących o Angkorze. Magiczne miejsce.

Następnie udaliśmy się do kolejnych budowli, mijając po drodze kilka mniejszych świątyń i przejeżdżając przez brama wjazdowa do kompleksu Kleang.

Ostatnia odwiedzona budowla to Bayon… miejsc rodem z Tomb Raider’a. To tutaj Angelina skakała ze ”skałek” 😉

Siem Reap i okolice

Niespodzianka…

dsc07946

Mała zmiana – wyruszyliśmy na przejażdżkę po okolicy skuterkami. Przemierzaliśmy kilometry by dostać się do Świątyni Beng Mealea. Ruiny powoli zostają wciągnięte przez dżunglę. Poprowadzono tam drewniane kładki, lecz nie odrestaurowano samego budynku.

Zajechaliśmy także na lokalny market, farmę krokodyli oraz do lokalnych fabryk – koszy,  a następnie cukru palmowego i whiskey ryżowej (która własnie popijam ;-)). Wszystko naturalne, bez ulepszaczy… Prostota wiejskiego życia. Jako, ze podróżowaliśmy niebrukowanymi drogami, trochę się kurzyło…

Nie był to jednak jedyny środek transportu, którym poruszaliśmy się po okolicy. Popłynęliśmy w rejs nad jezioro Tonle Sap, zobaczyć jak wygląda życie w pływającej wiosce. Elektryczność zapewniają sobie tylko dzięki solarom słonecznym na każdym z domków. Jest tu nawet szkoła!

Takie oto ”przysmaki” się tutaj spożywa… Wyprzedzę pytanie – nie, nie jedliśmy.

Wakacji część pierwsza – Phnom Penh

Nasza wiza w Kambodży ważna jest cały miesiąc. Do przejechania niecałe 700 kilometrów… Postanowiliśmy trochę odpocząć, naładować akumulatory na kolejna część Azji. Podczas pobytu w Phnom Penh udaliśmy się na południe by zwiedzić kompleks świątynny na Górze – a raczej Wzgórzu –  Chisor. Została wzniesiona w XI wieku. Musieliśmy wspiąć się po kilkuset stopniach by ujrzeć ruiny i widok na pola ryżowe.

Odwiedziliśmy także Świątynie, która jest starsza niż sam Angkor.

Tuz po drugiej stronie Mekongu znajduje się ostoja – Wyspa Jedwabiu. Nazywa się tak dlatego ponieważ większość mieszkańców trudni się w hodowli jedwabników i produkcji tkanin. Wszystko ręcznie!

Na sam koniec pobytu popłynęliśmy łodzią do Siem Reap, gdzie kontynuowaliśmy nasz aktywny wypoczynek.

Bonus, selfie z Europejką bardzo ważna rzecz. Często się to zdarza 😉

dsc07433

Stolica Kambodży – Phnom Penh

Phnom Penh to największe i najludniejsze miasto w kraju. Spędziliśmy tam tydzień. Odrobiliśmy lekcje… historii. Przystanek, by pomyśleć… Na początku odwiedziliśmy Muzeum Ludobójstwa – Toul Sleng – S21. Nie jest to jednak zwyczajne muzeum. Jest to miejsce autentyczne. To właśnie tam Czerwoni Khmerzy znęcali się nad swoimi ofiarami. Każdego dnia wysysali z nich resztkę życia, która im jeszcze została. Ciężko mi opisać to, co czułam wędrując po korytarzach miejsca w którym tylu ludzi przeżywało (lub tez nie!) koszmar. Podczas spaceru mamy na uszach słuchawki. Lektor opowiada co działo się w tym miejscu, od kiedy Khmer Rouge w roku 1975 przejęli władzę w Kambodży. Wewnątrz wiszą zdjęcia, umęczone ludzkie twarze… to były tylko numery – nic więcej – brzmi znajomo? Spacerujemy po celach. Mimo, iż na zewnątrz świeci słonce, tutaj wcale go nie ma. Jeszcze więcej fotografii, wychudzone ciała. Autentyczne obrazy, jednego z ocalałych przedstawiają tamten świat. W cieniu drzew siedzi dwóch starszych panów… opowiadają swoje historie w książkach. Teren obiektu nie jest wcale rozległy, aż ciężko sobie wyobrazić, ze mogło pomieścić się tu aż 600-set więźniów. Ludzi, którzy trafili tam bez powodu. Nikt na to nie zasłużył. Co działo się z nimi później? Dowiedzieliśmy się tego w kolejnym miejscu – na „Polach Śmierci”, czyli oddalonych 15 kilometrów od miasta masowych grobach. Po tylu latach wciąż widać odłamki kości, pojawiające się najczęściej po porze deszczowej. Stoję pod drzewem, gdzie dzieciom roztrzaskiwano głowy o pień w rytm wesołej muzyki – by nikt nie słyszał krzyków. Czemu były winne dzieci? Kiedy by dorosły, mogłoby zemścić się za śmierć ojca. W taki sposób ginęły całe rodziny…

Jeśli macie ochotę obejrzyjcie filmy:

  1. S21 – Te Khmer Rouge Killing Mashine / S21 – Maszyna Śmierci Czerwonych Khmerow
  2. The Killing Fields / Pola Śmierci

Dzisiaj w Kambodży ma także premierę film „First They Killed My Father” na podstawie powieści tutejszej aktywistki walczącej o prawa ludzkie – Loung Ung. Wszyscy Kambodżanie mogą obejrzeć go za darmo. Data Światowej premiery to Wrzesień.

Welcome to Cambodia

Dnia 1 lutego przekroczyliśmy granice w Bavet.

Nasza wizytę w Wietnamie można podzielić na zwiedzanie miejsc z Listy Dziedzictwa Kulturowego UNESCO oraz pozostałości po wojnie. Do tego wszystkiego, możemy dodać dużą ilość pokonanych kilometrów i… deszcz ;-). Ponadto odwiedziny w lokalnych domach, spanie w świątyniach, kosztowanie lokalnych potraw, a także napitków (jak samogon – winko ryżowe). Jesteśmy gotowi na nową przygodę. Co najbardziej zapadło w pamięci? Na pewno podjazd do Dalat i nocleg w opuszczonym bunkrze, a także 300 kilometrów pokonane w dwa dni.

Witamy w Kambodży!

DSC07245.JPG

Tunele Chu Chi

Zlokalizowana ok. 70 kilometrów od centrum Ho Chi Minh sieć tuneli wybudowanych podczas wojny w Wietnamie – była to baza wojskowa. Łączna ich długość to ok. 200 kilometrów. Do celów turystycznych udostępniono tylko część tuneli wraz z wystawą licznych pułapek, które kiedyś rozstawionych na ich terenie. Są one klaustrofobicznie małe, a wejścia do nich dobrze zakamuflowane. Ciężko było nam się przecisnąć. W tunelach znajdowały się także pomieszczenia cywilne, takie jak kuchnia. Co ciekawe, jej komin  miał ujście całkowicie w innym miejscu. Co ciekawe przygotowywanie posiłków odbywało się tylko wczesnym porankiem, aby patrole podniebne obcych wojsk myślały, ze to nic innego jak zwykła mgła.