13 197 km azjatycko-nowozelandzko-australijskiej przygody…podsumowanie i refleksje.

Jak ze wszystkim…jest początek…jest i koniec. Przy czym koniec jest zawsze początkiem czegoś nowego. Podsumowanie to piszę już z poziomu fotela we własnym domu w Jeleniej Górze. Wyprawa, wspomnienia, sytuacje, ludzie, miejsca, potrawy…to wszystko nadal jest bardzo świeże. Z czasem jednak część sytuacji odejdzie w zapomnienie. Ludzka pamięć w przeciwieństwie do dysku komputera ma znacznie krótszą „trwałość”. Poza tym bieżące wspomnienia zostaną „nadpisane” przez nowe. Tak, tak,tak…będzie nowa wyprawa. Kolejna, 9-ta. Nie wiem na dobrą sprawę jakże by jej mogło nie być:) To już stały element mojego życia. Wyznacza kolejne lata, motywuje do większych wypraw, szukania nowych miejsc, sytuacji, kultur, ludzi…doznań. Bywa różnie, przeważnie wszystko układa się jak należy, ale nawet jak się nie układa, to nie ma większego znaczenia w odniesieniu do całości. Bo przecież te dobre, przeważające sytuacje i te-problematyczne to elementy jednej całości. Przecież życie to nie tylko kolorowe chwile. Byle do przodu.

Ten styl życia mi odpowiada i jest po części odpowiedzią na to czego od życia oczekuję. Dodatkowo tendencja jaką obserwuję z wiekiem jest taka, że chcę więcej, intensywniej, mocniej…Pytania pt. „gdzie” i „kiedy” na razie zostawiam bez odpowiedzi. Wszystko wyklaruje się w swoim czasie. Są różne pomysły dot. wypraw i ten jeden, który wraca regularnie do mojej głowy, nie pozwała o sobie zapomnieć…

Czego nauczyła mnie ta wyprawa? Choć bardziej zasadne pytanie to, w czym mnie utwierdziła.

W tym, że ludzie są dobrzy. W tym, że jeśli czegoś chcę, to tylko od mojego nastawienia zależy, czy to dostanę. W tym, że tylko i wyłącznie od nas zależy jak to życie będzie wyglądać a marzenia są po to, żeby je spełniać a jedyny sensowny kierunek to kierunek do przodu. W tym, że z dobrym nastawieniem w głowie większość z nas może takie wyprawy realizować. Dobrym przykładem jest tutaj Natalia Korcala dla której była to pierwsza i dodatkowo duża wyprawa.

I tym pozytywnym akcentem zakończę moje wywody. Dziękuję wszystkim za uwagę, czytelnikom za śledzenie bloga. W razie pytań dot. organizacji wypraw itd. służę pomocą.

Do następnej wyprawy…

SKY IS THE LIMIT…choć to powiedzenie może być za jakiś czas nieaktualne. Wysłałem ofertę współpracy do Sir Richard’a Branson’a czy zabrałby mnie w kosmos z rowerem swoją rakietą Virgin Atlantic. Czekam na odpowiedź 😉

194288_kangur_morze_plaza_gory_australia

Reklamy

Co smakowało mi bardziej w Australii-rekin czy kangur? Melbourne i Great Ocean Road…wnioski.

Zanim zacznę-kilka dodatkowych zdjęć z eksploracji Sydney i wybrzeża w okolicy Sydney.

Podróże to dla mnie także próbowanie nowych smaków i tak to bywa czasem, że kiedy inni kręcą nosem na egzotyczne nowości ja wychodzę z założenia, że nowe doznanie to zawsze dobre doznanie. Dlatego po Azji, gdzie próbowałem słynnego „baluta” (rozwijający się zarodek pisklaka), różnego rodzaju pieczonych owadów i insektów teraz przyszedł czas na nowinki z Australii. I tak to na pierwszy ogień idzie rekin. Wrażenia: obłędnie pyszny! Delikatna rybka rozpływa się w ustach a podana dodatkowo z ziemniorkami, sałatką i kieliszkiem czerwonego wina to idealna strawa dla rowerzysty. Miejscowi nazywają tą odmianę jadalnego rekina „flak”. Rekin był elementem większego dania, ale to właśnie na nim skupiłem całkowicie moją uwagę. Polecam!

Drugie danie to kulki z mięsa kangura. Powiem tak. Smak jest definitywnie charakterystyczny. Przypomina trochę naszą wątróbkę. W przeciwieństwie jednak do rekina kulki nie zakumplowały się z moimi kubkami smakowymi. Mezaliansu z tego nie będzie. Doceniam jednak fakt, że Pani domu-Annabel przyrządziła je specjalnie dla mnie wiedząc, że chce ich spróbować.

Na koniec małe odkrycie kulinarne. A to dzięki temu, że poznałem polskiego księdza w Australii.  Księdza poznałem podczas jednego z wieczorów, kiedy to musiałem się sporo najeździć, żeby znaleźć miejsce noclegowe. Ale jak to bywa po nitce do kłębka. Od księdza z Holandii dostaję kontakt do księdza Tomasza i po około 2h jemy wspólnie kolację. Niezwykle rozmowny z niego człowiek, rozmawiamy więc do późnych godzin nocnych. Następnego dnia jemy śniadanie, ja szykuję się do drogi i dostaję od księdza magiczny pakunek.  Wraz z innymi smakołykami dostaję paczkę surowych ziaren kakaowca. Szczerze mówiąc poprzedniego wieczoru, kiedy to zostałem nimi poczęstowany nie przypadły mi za bardzo do gustu. Na drogę dostaję jednak całą paczkę i powoli zaczynam przezwyczajać się do ich smaku a nawet je lubić. Co jednak stanowi fenomen ziaren kakao? Ano ich kaloryczność. 15 g to prawie 400 kCal. O ich mocy dowiaduję się wkrótce a mianowicie podczas deszczowych dni, kiedy to nie mogę rozłożyć się z moją benzynową kuchenką, bo po prostu nie ma gdzie a poza tym „rzuca żabą” i po prostu człowiek chce dojechać  jak najszybciej do celu i nie wyziębiać organizmu. Wtedy to właśnie odkrywam ich potężna moc. Ksiądz powiedział mi na odchodne: nie więcej niż kilka ziaren dziennie. Czy posłuchałem jego rady? 😉 Niekoniecznie. Ja potrzebuję energii. Największym sprawdzianem jak to działa w praktyce był dzień, kiedy przejechałem 141 km bazując na śniadaniu i….ziarnach kakaowca na obiad. I co najważniejsze-mocy nie brakowało. Ciekawa była też reakcja organizmu na większą ilość ziaren. Pobudzenie, nawet lekka „nerwowość” w ruchach przez pierwsze kilka km-ów po spożyciu. All in all polubiłem ziarna kakaowca i na pewno do nich wrócę. Poniżej także zdjęcie polskiego piwka w Australii o dumnie brzmiącej nazwie „Kościuszko” wymawianej przez Aussie People – Koszczaszko 😉 Najwyższy szczyt Australii to właśnie „Mount Kosciuszko” . Góra została odkryta i zdobyta 12 marca 1840 roku przez polskiego podróżnika i odkrywcę Pawła Edmunda Strzeleckiego i nazwana przez niego dla uczczenia pamięci gen. Tadeusza Kościuszki. Położona jest w Nowej Południowej Walii, w Parku Narodowym Kościuszki.

 

Wspomniałem we wcześniejszym poście, że jeszcze przyjdzie czas na moje ulubione, duże miasto w Austalii. Zatem jest i ono. Duże, ale nieduże;) Z charakterem. Mógłbym tam mieszkać? Tak, przez jakiś czas. Moje pierwsze zauroczenie tym miastem nastąpiło kiedy to naprawdę musiałem tylko je minąć, żeby dostać się do punktu startowego „Great Ocean Road”. I to właśnie tego dnia uświadomiłem sobie, czemu m.in. jest ono określane jako „the world’s most liveable city”. Przemknąłem ścieżkami rowerowymi wzdłuż brzegu podziwiając widoki w ciągu ok. 45min-1h i nawet przez sekundę nie musiałem stać  w korkach, jechać przez centrum itd. Tęga głowa opracowywała plan zagospodarowania miasta. Cały przejazd był mega przyjemny i w przeciwieństwie do innych dużych miast, w których przyszło mi pedałować tutaj odbyło się to bez wzmożonej koncentracji, setki aut dookoła, świateł, korków i tego typu emocji.  Sprawa numer dwa-Melbourne rozrastało się organicznie, czyli miasto kształtowało się w analogii do natury. Sprawa nr 3 i tutaj porównanie do Sydney. W Sydney czuje się ten pośpiech, ludzie pędzą; w Melbourne tego nie widać a dodatkowo przechadzając się uliczkami ma się wrażenie bycia w znacznie mniejszym mieście. Życie kulturalne też kwitnie, każdy znajdzie coś dla siebie. Osobiście byłem zainteresowany „street art’em” (galeria poniżej) oraz Muzeum Multimediów: Film, TV, Video. W Melbourne także dostałem  ciekawą propozycję pracy. Gdybym był przed 30-tką(proces wizowy znacznie krótszy, to myślę, żebym się skusił 😉

Powoli zbliżam się do końca australijskiego etapu wyprawy a tym samym do końca…wyprawy. No ale mam tutaj jeszcze coś do zrobienia. I tak to można powiedzieć,  że jechałem 2500 km wzdłuż wybrzeża po to, żeby pokonać ostatni odcinek około 200 km, czyli kultową „Great Ocean Road”. Cała droga jest widokowa, najlepsza jednak zabawa zaczyna się w okolicach 12 Apostołów. Popatrzcie sami. Moja konkluzja na dziś jest taka: że mimo, iż Nowa Zelandia to jest to, co mnie nakręca, to nawet dla samej Great Ocean Road warto było lecieć do Australii. Nie widziałem jeszcze tego typu krajobrazów i podobnie jak z jedzeniem to już wystarczający powód.

Na koniec tego wpisu kilka smaczków z trasy…

Plus różne różności, które przykuły moją uwagę.

Pierwszy kontakt z Australią…surferzy, kangury, wieloryby, ten 1-szy raz, cannabis, looz, przygody:)

Moją przygodę z Australią zaczynam w Gold Coast i jestem z tego tytułu bardzo rad. Gold Coast inaczej zwane Surfers Paradise to większe miasto, które jest mekką surferów z całej Australii dzięki sprzyjającym warunkom klimatycznym (podczas australijskiej zimy mieliśmy temperatury od 22 do 28 stopni, żyć nie umierać) oraz dużej fali. Miasto jest dosyć duże, jednak położone nad samym wybrzeżem, co sprawia, że czułem się tam jak aktor ze „Słonecznego patrolu” 😉 Poranne przejażdżki rowerem wzdłuż wybrzeża to był mój klasyk. W Gold Coast zatrzymuję się u starszego kolegi po fachu- Ray’ i jego przyjaciółki z Indonezji-Becky. Oboje są z UK; wyjechali jednak z rodzimej ziemi dosyć dawno w poszukiwaniu „tego jedynego miejsca na ziemi”. Są ode mnie starsi (około 50-60); czuję się jednak w ich towarzystwie bardzo dobrze; nie ma tematów tabu. Dni upływają sielankowo na wieczornych rozmowach, wypadach na plażę, jedzeniu jajek z avocado i olejem kokosowym itd itp. Zarówno Ray jak i Becky podróżowali swego czasu sporo.  W związku z tym tematy do rozmowy znajdują się same a czas upływa bardzo szybko. Poniżej ta sympatyczna dwójka na włościach i w terenie.

Z Surfers Paradise wiązałem dodatkowe nadzieje. Wiedziałem, że będzie to idealne miejsce na naukę latania samolotem o czym marzyłem od dawna oraz na rejs połączony z oglądaniem wielorybów i delfinów.  Zakasam więc rękawy i biorę się ostro do roboty! Wkrótce praca zaczyna przynosić pierwsze efekty. Wchodzę w kontakt z lokalnym pilotem, który organizuje loty nad Gold Coast. Dogadujemy zasady współpracy i….jestem już gotowy na ten 1-szy raz za sterami maszyny. To co dzieje się w powietrzu przewyższa moje oczekiwania. Lecimy podziwiając widoki po to, żeby za sekundę „pikować” w dół lub wzbijając się w powietrze. O tak, proszę o więcej, adrenalina robi swoje. Napady radości, śmiechu…tego się nie da opanować 🙂 Fakt, że muszę koncentrować się jednocześnie na widokach pode mną oraz pilotowaniu maszyny jest momentami sporym wyzwaniem. Te widoki po prostu zniewalają. Od czasu do czasu oznajmiam koledze pilotowi, żeby przejął stery, bo ja po prostu MUSZĘ zrobić zdjęcie. Popatrzcie sami 😉  PS. Świat jest fajny z poziomu ziemi; jednak ponad nią jest jeszcze lepszy.

Po tej przygodzie poprzeczka została zawieszona wysoko. Wiem, że ciężko będzie ją pobić…ale jeszcze sporo przygód przede mną. Jedna z nich-inna, ale też ciekawa to rejs i oglądanie potężnych, majestatycznych kreatur, czyli wielorybów oraz trochę ich mniejszych, ale moim zdaniem nawet fajniejszych kolegów, czyli delfinów. Powiem krótko-delfiny są piękne, poruszają się z gracją i nie da się ich nie lubić.

Po tej kumulacji emocji zostaję jeszcze u Ray’a jeden dzień i wiem, że trzeba ruszyć dalej. Nie jest to łatwe, bo czas w Gold Coast to był czas wypełniony „positive vibes”. Następny mój przystanek, który jestem tematem rozmów z Ray’em i jego przyjaciółmi to Nimbin. Zdania są podzielone. Jedni mówią-nie jedź, nie warto. Inni-jedź, wyrobisz sobie własne zdanie o tym miejscu. I tak to właśnie ten argument przemawia to mnie całkowicie. Chcę mieć własne zdanie o Nimbin. Jadę. Nimbin jest poza moją wcześniej wyznaczoną trasę. Muszę więc odbić, ale powiem tak…warto było. Cóż to takiego jest Nimbin? Nimbin to mała społeczność bardzo kolorowych charakterów. Nimbin jest nazywana stolicą marihuany w Australii. Sama marihuana nie była dla mnie celem odwiedzin tego miejsca. Główny motyw to ciekawość. Byłem ciekaw co to za ludzie, jak żyją, co robią. Generalnie owszem wszystko tutaj kręci się wokół marihuany. Ludzie ci od dawna stanowią front na polu legalizacji tego ziółka. Ja osobiście też jestem za legalizacją. Nie chodzi tutaj tylko o marihuanę, ale także o hemp (pochodną), który ma bardzo szerokie zastosowanie w różnych dziedzinach. Henry Ford m.in. zbudował prawie cały samochód z hempu. Nasiona hemp są określane jako najzdrowsze nasiona, produkuję się z nich także olej. Marihuana lecznicza m.in. zmniejsza a w dalszym etapie niweluje do zera napady padaczki o czym przekonałem się właśnie w Nimbin. Tam poznałem ojca, który w ten sposób prawie całkowicie wyleczył swojego syna. Smutne jest to, że mimo ogólnej wiedzy na ten temat i leczniczych właściwości marihuana nadal jest zakazana a ojciec, żeby wyleczyć syna musiał robić to nielegalnie. Ani chwili bym się nie zastanawiał, gdybym był w jego sytuacji. Zawsze byłem i będę zwolennikiem medycyny naturalnej. Po pierwsze ponieważ powyższy przykład pokazuje, że działa. Po drugie cała sprawa z legalizacją to nic innego jak nóż w plecy koncernów farmaceutycznych, które inwestują biliony $ w specyfiki, które rzekomo mają ludziom pomóc. No bo cóż może być dla nich gorszego aniżeli „Kowalski lub Smith”, który na własnym poletku przed domem wyhoduje sobie krzaczek, który a)pozwoli mu się zrelaksować, b )pomoże w kuracji różnego rodzaju chorób. No ale wracając do Nimbin zatrzymałem się tutaj u Mac’a. Mac to Niemiec, który 35 lat temu przeniósł się z Niemiec do Australii, mieszka na obrzeżach Nimbin, produkuje perfumy i inne ciekawe specyfiki bazujące na cannabidolu. Mieszkałem sam w drewnianej chatce dla całej rodziny z wszystkimi udogodnieniami. Wieczorami robiło się zimniej, więc rozpalałem sobie ogień w kominku. Było extra! Nimbin jest małe, więc zeksplorowałem je jednego dnia…ludzie flower-power, sklepy z akcesoriami do palenia, miejsca gdzie można zapalić z lokalnymi, pamiątki, ciasteczka, pacyfki, ludzie z różnych stron Australii i nie tylko, wyznawcy buddyzmu, muzycy, malarze…i haha mikro-posterunek policji (nie wiem co oni tam robią hehe jak 90% populacji Nimbin to palacze). Samo Nimbin stało się bardzo turystyczne-codziennie kilka autobusów z turystami odwiedza miasteczko.

Mac miał także dla mnie także 2 prezenty. Jeden, który stosowałem prawie do końca i który pozwalał wieczorami na relaks spiętych mięśni pleców-maść i krople pod język zawierające cannabidol (zdjęcie w galerii).  Sama naturka. Specyfiki przekazałem na koniec  wyprawy Pani Annabel, która ugościła mnie w Geelong’u. Ze względu na skład nie zabrałem ich na pokład Air India 😉  Drugi prezent to 24h dostęp do jego ogrodu. Niezwykle cenny to prezent. Pomarańcze, mandarynki, cytryny…mamy tutaj wszystko 😉 Wyjeżdżając zabrałem dwie siaty pomarańczy i mandarynek. Rower cierpiał, ale czy to ważne 😉 A propo wszystkie te siaty z jabłkami, pomarańczami itd. odbiją się głośnym echem na moim kompanie…na koniec trasy w Australii pęknie tylnia obręcz…coś pięknego, jak ja lubię takie przygody!:) W Nimbin spędzam jeden dzień. Dla mnie wystarczy, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Było warto. Nie byłem w podobnym miejscu podczas wcześniejszych wypraw a to już jest wystarczający powód.

Z Nimbin wracam w kierunku mojej trasy a mianowicie jadę do Byron Bay, które jest także mekką serferów i  każdy napotkany lokals czy to turysta mówi mi, że miejsce jest po prostu bajeczne. No cóż hehe ja mam trochę inne zdanie. Dla mnie to typowy oblegany przez turystów kurort. Jest OK, ale tylko OK. Zostałem w Byron Bay dwa całe dni. W 1-szy dzień zrobiłem spacer w prawą stronę plaży, w 2-gi w lewą stronę. Byron Bay jest to małe miasteczko…serferzy, których już widziałem, plaża i to by było na tyle. Potraktowałem to jako miejsca do naładowania baterii na resztę trasy.

Z Byron Bay udaje się do Macadamia Castle i Port Macquarie. Obydwa miejsca mają wspólny mianownik a mianowicie-zwierzęta. Zwierzęta to jeden z powodów mojej wizyty w Australii. Tutaj mała konkluzja 😉 Kangury są fajne, ale też bardzo głupkowate. Fakt, że sporo ich leży zabitych wzdłuż drogi spowodowany jest faktem, że kangury to mega wariaty. Sam osobiście widziałem jak ekipa w postaci dwóch osobników leciała na przestrzał krajówki zwanej Pacific Highway i jedynie centymetry dzieliły ich od spotkania z orurowanym przodem potężnej australijskiej ciężarówy. I tak właśnie kończą swój żywot te australijskie skoczki. No ale na szczęście widziałem też sporo żywych okazów. Moi faworyci to jednak koale. I tak to oglądałem je zarówno w Macadamia Castle jak i w szpitalu dla miśków koala w Port Port Macquarie. W Koala Hospital spędziłem dodatowo dobre 45 min bawiąc się nauką…mikroskopem. Efekty tej zabawy-zdjęcia ręki, roślin w poniższej galerii.

Dalej droga wiedzie  wzdłuż wybrzeża. Jest  ciepło, dni mijają szybko..widoki to głównie ocean, plaże. W tyle głowy mam następny, większy cel, czyli Sydney.  Każdy kto mnie dobrze zna wie, że większe miasta nie wzbudzają u mnie aż takiej euforii i tak też jest tym razem. Sydney jest…szybkie, ludzie przemieszają się w pośpiechu. Sydney jest duże. Sydney…trzeba zeksplorować i jechać dalej 😉 Zajmuje mi to 3 dni, podczas których jeżdżę wzdłuż i wszerz oglądając kolejne atrakcje: Opera, Sydney Harbour, Harbour Bridge. Miejsce, które odkrywam dosyć przypadkowo to Maritime Museum. O tak! To jest „my cup of tea”: samoloty, statki, broń…zawsze  i wszędzie. Oczywiście nie wyobrażam sobie być w Australii i nie odwiedzić Sydney. Jeśli chodzi jednak o duże miasta w Australii to mój nr 1 musi jeszcze chwilę poczekać…

Na koniec tego wpisu…przykład specyficznej, australijskiej gościnności;) Poznałem właściciela tej posesji. Trochę „postrzelony” charakter 😉 Mimo wszystko pozytywny, ucięliśmy sobie pogawędkę w trójkę…ja, on i kolt kaliber 44:)

DSC02033