Pierwszy kontakt z Australią…surferzy, kangury, wieloryby, ten 1-szy raz, cannabis, looz, przygody:)

Moją przygodę z Australią zaczynam w Gold Coast i jestem z tego tytułu bardzo rad. Gold Coast inaczej zwane Surfers Paradise to większe miasto, które jest mekką surferów z całej Australii dzięki sprzyjającym warunkom klimatycznym (podczas australijskiej zimy mieliśmy temperatury od 22 do 28 stopni, żyć nie umierać) oraz dużej fali. Miasto jest dosyć duże, jednak położone nad samym wybrzeżem, co sprawia, że czułem się tam jak aktor ze „Słonecznego patrolu” 😉 Poranne przejażdżki rowerem wzdłuż wybrzeża to był mój klasyk. W Gold Coast zatrzymuję się u starszego kolegi po fachu- Ray’ i jego przyjaciółki z Indonezji-Becky. Oboje są z UK; wyjechali jednak z rodzimej ziemi dosyć dawno w poszukiwaniu „tego jedynego miejsca na ziemi”. Są ode mnie starsi (około 50-60); czuję się jednak w ich towarzystwie bardzo dobrze; nie ma tematów tabu. Dni upływają sielankowo na wieczornych rozmowach, wypadach na plażę, jedzeniu jajek z avocado i olejem kokosowym itd itp. Zarówno Ray jak i Becky podróżowali swego czasu sporo.  W związku z tym tematy do rozmowy znajdują się same a czas upływa bardzo szybko. Poniżej ta sympatyczna dwójka na włościach i w terenie.

Z Surfers Paradise wiązałem dodatkowe nadzieje. Wiedziałem, że będzie to idealne miejsce na naukę latania samolotem o czym marzyłem od dawna oraz na rejs połączony z oglądaniem wielorybów i delfinów.  Zakasam więc rękawy i biorę się ostro do roboty! Wkrótce praca zaczyna przynosić pierwsze efekty. Wchodzę w kontakt z lokalnym pilotem, który organizuje loty nad Gold Coast. Dogadujemy zasady współpracy i….jestem już gotowy na ten 1-szy raz za sterami maszyny. To co dzieje się w powietrzu przewyższa moje oczekiwania. Lecimy podziwiając widoki po to, żeby za sekundę „pikować” w dół lub wzbijając się w powietrze. O tak, proszę o więcej, adrenalina robi swoje. Napady radości, śmiechu…tego się nie da opanować 🙂 Fakt, że muszę koncentrować się jednocześnie na widokach pode mną oraz pilotowaniu maszyny jest momentami sporym wyzwaniem. Te widoki po prostu zniewalają. Od czasu do czasu oznajmiam koledze pilotowi, żeby przejął stery, bo ja po prostu MUSZĘ zrobić zdjęcie. Popatrzcie sami 😉  PS. Świat jest fajny z poziomu ziemi; jednak ponad nią jest jeszcze lepszy.

Po tej przygodzie poprzeczka została zawieszona wysoko. Wiem, że ciężko będzie ją pobić…ale jeszcze sporo przygód przede mną. Jedna z nich-inna, ale też ciekawa to rejs i oglądanie potężnych, majestatycznych kreatur, czyli wielorybów oraz trochę ich mniejszych, ale moim zdaniem nawet fajniejszych kolegów, czyli delfinów. Powiem krótko-delfiny są piękne, poruszają się z gracją i nie da się ich nie lubić.

Po tej kumulacji emocji zostaję jeszcze u Ray’a jeden dzień i wiem, że trzeba ruszyć dalej. Nie jest to łatwe, bo czas w Gold Coast to był czas wypełniony „positive vibes”. Następny mój przystanek, który jestem tematem rozmów z Ray’em i jego przyjaciółmi to Nimbin. Zdania są podzielone. Jedni mówią-nie jedź, nie warto. Inni-jedź, wyrobisz sobie własne zdanie o tym miejscu. I tak to właśnie ten argument przemawia to mnie całkowicie. Chcę mieć własne zdanie o Nimbin. Jadę. Nimbin jest poza moją wcześniej wyznaczoną trasę. Muszę więc odbić, ale powiem tak…warto było. Cóż to takiego jest Nimbin? Nimbin to mała społeczność bardzo kolorowych charakterów. Nimbin jest nazywana stolicą marihuany w Australii. Sama marihuana nie była dla mnie celem odwiedzin tego miejsca. Główny motyw to ciekawość. Byłem ciekaw co to za ludzie, jak żyją, co robią. Generalnie owszem wszystko tutaj kręci się wokół marihuany. Ludzie ci od dawna stanowią front na polu legalizacji tego ziółka. Ja osobiście też jestem za legalizacją. Nie chodzi tutaj tylko o marihuanę, ale także o hemp (pochodną), który ma bardzo szerokie zastosowanie w różnych dziedzinach. Henry Ford m.in. zbudował prawie cały samochód z hempu. Nasiona hemp są określane jako najzdrowsze nasiona, produkuję się z nich także olej. Marihuana lecznicza m.in. zmniejsza a w dalszym etapie niweluje do zera napady padaczki o czym przekonałem się właśnie w Nimbin. Tam poznałem ojca, który w ten sposób prawie całkowicie wyleczył swojego syna. Smutne jest to, że mimo ogólnej wiedzy na ten temat i leczniczych właściwości marihuana nadal jest zakazana a ojciec, żeby wyleczyć syna musiał robić to nielegalnie. Ani chwili bym się nie zastanawiał, gdybym był w jego sytuacji. Zawsze byłem i będę zwolennikiem medycyny naturalnej. Po pierwsze ponieważ powyższy przykład pokazuje, że działa. Po drugie cała sprawa z legalizacją to nic innego jak nóż w plecy koncernów farmaceutycznych, które inwestują biliony $ w specyfiki, które rzekomo mają ludziom pomóc. No bo cóż może być dla nich gorszego aniżeli „Kowalski lub Smith”, który na własnym poletku przed domem wyhoduje sobie krzaczek, który a)pozwoli mu się zrelaksować, b )pomoże w kuracji różnego rodzaju chorób. No ale wracając do Nimbin zatrzymałem się tutaj u Mac’a. Mac to Niemiec, który 35 lat temu przeniósł się z Niemiec do Australii, mieszka na obrzeżach Nimbin, produkuje perfumy i inne ciekawe specyfiki bazujące na cannabidolu. Mieszkałem sam w drewnianej chatce dla całej rodziny z wszystkimi udogodnieniami. Wieczorami robiło się zimniej, więc rozpalałem sobie ogień w kominku. Było extra! Nimbin jest małe, więc zeksplorowałem je jednego dnia…ludzie flower-power, sklepy z akcesoriami do palenia, miejsca gdzie można zapalić z lokalnymi, pamiątki, ciasteczka, pacyfki, ludzie z różnych stron Australii i nie tylko, wyznawcy buddyzmu, muzycy, malarze…i haha mikro-posterunek policji (nie wiem co oni tam robią hehe jak 90% populacji Nimbin to palacze). Samo Nimbin stało się bardzo turystyczne-codziennie kilka autobusów z turystami odwiedza miasteczko.

Mac miał także dla mnie także 2 prezenty. Jeden, który stosowałem prawie do końca i który pozwalał wieczorami na relaks spiętych mięśni pleców-maść i krople pod język zawierające cannabidol (zdjęcie w galerii).  Sama naturka. Specyfiki przekazałem na koniec  wyprawy Pani Annabel, która ugościła mnie w Geelong’u. Ze względu na skład nie zabrałem ich na pokład Air India 😉  Drugi prezent to 24h dostęp do jego ogrodu. Niezwykle cenny to prezent. Pomarańcze, mandarynki, cytryny…mamy tutaj wszystko 😉 Wyjeżdżając zabrałem dwie siaty pomarańczy i mandarynek. Rower cierpiał, ale czy to ważne 😉 A propo wszystkie te siaty z jabłkami, pomarańczami itd. odbiją się głośnym echem na moim kompanie…na koniec trasy w Australii pęknie tylnia obręcz…coś pięknego, jak ja lubię takie przygody!:) W Nimbin spędzam jeden dzień. Dla mnie wystarczy, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Było warto. Nie byłem w podobnym miejscu podczas wcześniejszych wypraw a to już jest wystarczający powód.

Z Nimbin wracam w kierunku mojej trasy a mianowicie jadę do Byron Bay, które jest także mekką serferów i  każdy napotkany lokals czy to turysta mówi mi, że miejsce jest po prostu bajeczne. No cóż hehe ja mam trochę inne zdanie. Dla mnie to typowy oblegany przez turystów kurort. Jest OK, ale tylko OK. Zostałem w Byron Bay dwa całe dni. W 1-szy dzień zrobiłem spacer w prawą stronę plaży, w 2-gi w lewą stronę. Byron Bay jest to małe miasteczko…serferzy, których już widziałem, plaża i to by było na tyle. Potraktowałem to jako miejsca do naładowania baterii na resztę trasy.

Z Byron Bay udaje się do Macadamia Castle i Port Macquarie. Obydwa miejsca mają wspólny mianownik a mianowicie-zwierzęta. Zwierzęta to jeden z powodów mojej wizyty w Australii. Tutaj mała konkluzja 😉 Kangury są fajne, ale też bardzo głupkowate. Fakt, że sporo ich leży zabitych wzdłuż drogi spowodowany jest faktem, że kangury to mega wariaty. Sam osobiście widziałem jak ekipa w postaci dwóch osobników leciała na przestrzał krajówki zwanej Pacific Highway i jedynie centymetry dzieliły ich od spotkania z orurowanym przodem potężnej australijskiej ciężarówy. I tak właśnie kończą swój żywot te australijskie skoczki. No ale na szczęście widziałem też sporo żywych okazów. Moi faworyci to jednak koale. I tak to oglądałem je zarówno w Macadamia Castle jak i w szpitalu dla miśków koala w Port Port Macquarie. W Koala Hospital spędziłem dodatowo dobre 45 min bawiąc się nauką…mikroskopem. Efekty tej zabawy-zdjęcia ręki, roślin w poniższej galerii.

Dalej droga wiedzie  wzdłuż wybrzeża. Jest  ciepło, dni mijają szybko..widoki to głównie ocean, plaże. W tyle głowy mam następny, większy cel, czyli Sydney.  Każdy kto mnie dobrze zna wie, że większe miasta nie wzbudzają u mnie aż takiej euforii i tak też jest tym razem. Sydney jest…szybkie, ludzie przemieszają się w pośpiechu. Sydney jest duże. Sydney…trzeba zeksplorować i jechać dalej 😉 Zajmuje mi to 3 dni, podczas których jeżdżę wzdłuż i wszerz oglądając kolejne atrakcje: Opera, Sydney Harbour, Harbour Bridge. Miejsce, które odkrywam dosyć przypadkowo to Maritime Museum. O tak! To jest „my cup of tea”: samoloty, statki, broń…zawsze  i wszędzie. Oczywiście nie wyobrażam sobie być w Australii i nie odwiedzić Sydney. Jeśli chodzi jednak o duże miasta w Australii to mój nr 1 musi jeszcze chwilę poczekać…

Na koniec tego wpisu…przykład specyficznej, australijskiej gościnności;) Poznałem właściciela tej posesji. Trochę „postrzelony” charakter 😉 Mimo wszystko pozytywny, ucięliśmy sobie pogawędkę w trójkę…ja, on i kolt kaliber 44:)

DSC02033

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s