13 197 km azjatycko-nowozelandzko-australijskiej przygody…podsumowanie i refleksje.

Jak ze wszystkim…jest początek…jest i koniec. Przy czym koniec jest zawsze początkiem czegoś nowego. Podsumowanie to piszę już z poziomu fotela we własnym domu w Jeleniej Górze. Wyprawa, wspomnienia, sytuacje, ludzie, miejsca, potrawy…to wszystko nadal jest bardzo świeże. Z czasem jednak część sytuacji odejdzie w zapomnienie. Ludzka pamięć w przeciwieństwie do dysku komputera ma znacznie krótszą „trwałość”. Poza tym bieżące wspomnienia zostaną „nadpisane” przez nowe. Tak, tak,tak…będzie nowa wyprawa. Kolejna, 9-ta. Nie wiem na dobrą sprawę jakże by jej mogło nie być:) To już stały element mojego życia. Wyznacza kolejne lata, motywuje do większych wypraw, szukania nowych miejsc, sytuacji, kultur, ludzi…doznań. Bywa różnie, przeważnie wszystko układa się jak należy, ale nawet jak się nie układa, to nie ma większego znaczenia w odniesieniu do całości. Bo przecież te dobre, przeważające sytuacje i te-problematyczne to elementy jednej całości. Przecież życie to nie tylko kolorowe chwile. Byle do przodu.

Ten styl życia mi odpowiada i jest po części odpowiedzią na to czego od życia oczekuję. Dodatkowo tendencja jaką obserwuję z wiekiem jest taka, że chcę więcej, intensywniej, mocniej…Pytania pt. „gdzie” i „kiedy” na razie zostawiam bez odpowiedzi. Wszystko wyklaruje się w swoim czasie. Są różne pomysły dot. wypraw i ten jeden, który wraca regularnie do mojej głowy, nie pozwała o sobie zapomnieć…

Czego nauczyła mnie ta wyprawa? Choć bardziej zasadne pytanie to, w czym mnie utwierdziła.

W tym, że ludzie są dobrzy. W tym, że jeśli czegoś chcę, to tylko od mojego nastawienia zależy, czy to dostanę. W tym, że tylko i wyłącznie od nas zależy jak to życie będzie wyglądać a marzenia są po to, żeby je spełniać a jedyny sensowny kierunek to kierunek do przodu. W tym, że z dobrym nastawieniem w głowie większość z nas może takie wyprawy realizować. Dobrym przykładem jest tutaj Natalia Korcala dla której była to pierwsza i dodatkowo duża wyprawa.

I tym pozytywnym akcentem zakończę moje wywody. Dziękuję wszystkim za uwagę, czytelnikom za śledzenie bloga. W razie pytań dot. organizacji wypraw itd. służę pomocą.

Do następnej wyprawy…

SKY IS THE LIMIT…choć to powiedzenie może być za jakiś czas nieaktualne. Wysłałem ofertę współpracy do Sir Richard’a Branson’a czy zabrałby mnie w kosmos z rowerem swoją rakietą Virgin Atlantic. Czekam na odpowiedź 😉

194288_kangur_morze_plaza_gory_australia

Co smakowało mi bardziej w Australii-rekin czy kangur? Melbourne i Great Ocean Road…wnioski.

Zanim zacznę-kilka dodatkowych zdjęć z eksploracji Sydney i wybrzeża w okolicy Sydney.

Podróże to dla mnie także próbowanie nowych smaków i tak to bywa czasem, że kiedy inni kręcą nosem na egzotyczne nowości ja wychodzę z założenia, że nowe doznanie to zawsze dobre doznanie. Dlatego po Azji, gdzie próbowałem słynnego „baluta” (rozwijający się zarodek pisklaka), różnego rodzaju pieczonych owadów i insektów teraz przyszedł czas na nowinki z Australii. I tak to na pierwszy ogień idzie rekin. Wrażenia: obłędnie pyszny! Delikatna rybka rozpływa się w ustach a podana dodatkowo z ziemniorkami, sałatką i kieliszkiem czerwonego wina to idealna strawa dla rowerzysty. Miejscowi nazywają tą odmianę jadalnego rekina „flak”. Rekin był elementem większego dania, ale to właśnie na nim skupiłem całkowicie moją uwagę. Polecam!

Drugie danie to kulki z mięsa kangura. Powiem tak. Smak jest definitywnie charakterystyczny. Przypomina trochę naszą wątróbkę. W przeciwieństwie jednak do rekina kulki nie zakumplowały się z moimi kubkami smakowymi. Mezaliansu z tego nie będzie. Doceniam jednak fakt, że Pani domu-Annabel przyrządziła je specjalnie dla mnie wiedząc, że chce ich spróbować.

Na koniec małe odkrycie kulinarne. A to dzięki temu, że poznałem polskiego księdza w Australii.  Księdza poznałem podczas jednego z wieczorów, kiedy to musiałem się sporo najeździć, żeby znaleźć miejsce noclegowe. Ale jak to bywa po nitce do kłębka. Od księdza z Holandii dostaję kontakt do księdza Tomasza i po około 2h jemy wspólnie kolację. Niezwykle rozmowny z niego człowiek, rozmawiamy więc do późnych godzin nocnych. Następnego dnia jemy śniadanie, ja szykuję się do drogi i dostaję od księdza magiczny pakunek.  Wraz z innymi smakołykami dostaję paczkę surowych ziaren kakaowca. Szczerze mówiąc poprzedniego wieczoru, kiedy to zostałem nimi poczęstowany nie przypadły mi za bardzo do gustu. Na drogę dostaję jednak całą paczkę i powoli zaczynam przezwyczajać się do ich smaku a nawet je lubić. Co jednak stanowi fenomen ziaren kakao? Ano ich kaloryczność. 15 g to prawie 400 kCal. O ich mocy dowiaduję się wkrótce a mianowicie podczas deszczowych dni, kiedy to nie mogę rozłożyć się z moją benzynową kuchenką, bo po prostu nie ma gdzie a poza tym „rzuca żabą” i po prostu człowiek chce dojechać  jak najszybciej do celu i nie wyziębiać organizmu. Wtedy to właśnie odkrywam ich potężna moc. Ksiądz powiedział mi na odchodne: nie więcej niż kilka ziaren dziennie. Czy posłuchałem jego rady? 😉 Niekoniecznie. Ja potrzebuję energii. Największym sprawdzianem jak to działa w praktyce był dzień, kiedy przejechałem 141 km bazując na śniadaniu i….ziarnach kakaowca na obiad. I co najważniejsze-mocy nie brakowało. Ciekawa była też reakcja organizmu na większą ilość ziaren. Pobudzenie, nawet lekka „nerwowość” w ruchach przez pierwsze kilka km-ów po spożyciu. All in all polubiłem ziarna kakaowca i na pewno do nich wrócę. Poniżej także zdjęcie polskiego piwka w Australii o dumnie brzmiącej nazwie „Kościuszko” wymawianej przez Aussie People – Koszczaszko 😉 Najwyższy szczyt Australii to właśnie „Mount Kosciuszko” . Góra została odkryta i zdobyta 12 marca 1840 roku przez polskiego podróżnika i odkrywcę Pawła Edmunda Strzeleckiego i nazwana przez niego dla uczczenia pamięci gen. Tadeusza Kościuszki. Położona jest w Nowej Południowej Walii, w Parku Narodowym Kościuszki.

 

Wspomniałem we wcześniejszym poście, że jeszcze przyjdzie czas na moje ulubione, duże miasto w Austalii. Zatem jest i ono. Duże, ale nieduże;) Z charakterem. Mógłbym tam mieszkać? Tak, przez jakiś czas. Moje pierwsze zauroczenie tym miastem nastąpiło kiedy to naprawdę musiałem tylko je minąć, żeby dostać się do punktu startowego „Great Ocean Road”. I to właśnie tego dnia uświadomiłem sobie, czemu m.in. jest ono określane jako „the world’s most liveable city”. Przemknąłem ścieżkami rowerowymi wzdłuż brzegu podziwiając widoki w ciągu ok. 45min-1h i nawet przez sekundę nie musiałem stać  w korkach, jechać przez centrum itd. Tęga głowa opracowywała plan zagospodarowania miasta. Cały przejazd był mega przyjemny i w przeciwieństwie do innych dużych miast, w których przyszło mi pedałować tutaj odbyło się to bez wzmożonej koncentracji, setki aut dookoła, świateł, korków i tego typu emocji.  Sprawa numer dwa-Melbourne rozrastało się organicznie, czyli miasto kształtowało się w analogii do natury. Sprawa nr 3 i tutaj porównanie do Sydney. W Sydney czuje się ten pośpiech, ludzie pędzą; w Melbourne tego nie widać a dodatkowo przechadzając się uliczkami ma się wrażenie bycia w znacznie mniejszym mieście. Życie kulturalne też kwitnie, każdy znajdzie coś dla siebie. Osobiście byłem zainteresowany „street art’em” (galeria poniżej) oraz Muzeum Multimediów: Film, TV, Video. W Melbourne także dostałem  ciekawą propozycję pracy. Gdybym był przed 30-tką(proces wizowy znacznie krótszy, to myślę, żebym się skusił 😉

Powoli zbliżam się do końca australijskiego etapu wyprawy a tym samym do końca…wyprawy. No ale mam tutaj jeszcze coś do zrobienia. I tak to można powiedzieć,  że jechałem 2500 km wzdłuż wybrzeża po to, żeby pokonać ostatni odcinek około 200 km, czyli kultową „Great Ocean Road”. Cała droga jest widokowa, najlepsza jednak zabawa zaczyna się w okolicach 12 Apostołów. Popatrzcie sami. Moja konkluzja na dziś jest taka: że mimo, iż Nowa Zelandia to jest to, co mnie nakręca, to nawet dla samej Great Ocean Road warto było lecieć do Australii. Nie widziałem jeszcze tego typu krajobrazów i podobnie jak z jedzeniem to już wystarczający powód.

Na koniec tego wpisu kilka smaczków z trasy…

Plus różne różności, które przykuły moją uwagę.

Pierwszy kontakt z Australią…surferzy, kangury, wieloryby, ten 1-szy raz, cannabis, looz, przygody:)

Moją przygodę z Australią zaczynam w Gold Coast i jestem z tego tytułu bardzo rad. Gold Coast inaczej zwane Surfers Paradise to większe miasto, które jest mekką surferów z całej Australii dzięki sprzyjającym warunkom klimatycznym (podczas australijskiej zimy mieliśmy temperatury od 22 do 28 stopni, żyć nie umierać) oraz dużej fali. Miasto jest dosyć duże, jednak położone nad samym wybrzeżem, co sprawia, że czułem się tam jak aktor ze „Słonecznego patrolu” 😉 Poranne przejażdżki rowerem wzdłuż wybrzeża to był mój klasyk. W Gold Coast zatrzymuję się u starszego kolegi po fachu- Ray’ i jego przyjaciółki z Indonezji-Becky. Oboje są z UK; wyjechali jednak z rodzimej ziemi dosyć dawno w poszukiwaniu „tego jedynego miejsca na ziemi”. Są ode mnie starsi (około 50-60); czuję się jednak w ich towarzystwie bardzo dobrze; nie ma tematów tabu. Dni upływają sielankowo na wieczornych rozmowach, wypadach na plażę, jedzeniu jajek z avocado i olejem kokosowym itd itp. Zarówno Ray jak i Becky podróżowali swego czasu sporo.  W związku z tym tematy do rozmowy znajdują się same a czas upływa bardzo szybko. Poniżej ta sympatyczna dwójka na włościach i w terenie.

Z Surfers Paradise wiązałem dodatkowe nadzieje. Wiedziałem, że będzie to idealne miejsce na naukę latania samolotem o czym marzyłem od dawna oraz na rejs połączony z oglądaniem wielorybów i delfinów.  Zakasam więc rękawy i biorę się ostro do roboty! Wkrótce praca zaczyna przynosić pierwsze efekty. Wchodzę w kontakt z lokalnym pilotem, który organizuje loty nad Gold Coast. Dogadujemy zasady współpracy i….jestem już gotowy na ten 1-szy raz za sterami maszyny. To co dzieje się w powietrzu przewyższa moje oczekiwania. Lecimy podziwiając widoki po to, żeby za sekundę „pikować” w dół lub wzbijając się w powietrze. O tak, proszę o więcej, adrenalina robi swoje. Napady radości, śmiechu…tego się nie da opanować 🙂 Fakt, że muszę koncentrować się jednocześnie na widokach pode mną oraz pilotowaniu maszyny jest momentami sporym wyzwaniem. Te widoki po prostu zniewalają. Od czasu do czasu oznajmiam koledze pilotowi, żeby przejął stery, bo ja po prostu MUSZĘ zrobić zdjęcie. Popatrzcie sami 😉  PS. Świat jest fajny z poziomu ziemi; jednak ponad nią jest jeszcze lepszy.

Po tej przygodzie poprzeczka została zawieszona wysoko. Wiem, że ciężko będzie ją pobić…ale jeszcze sporo przygód przede mną. Jedna z nich-inna, ale też ciekawa to rejs i oglądanie potężnych, majestatycznych kreatur, czyli wielorybów oraz trochę ich mniejszych, ale moim zdaniem nawet fajniejszych kolegów, czyli delfinów. Powiem krótko-delfiny są piękne, poruszają się z gracją i nie da się ich nie lubić.

Po tej kumulacji emocji zostaję jeszcze u Ray’a jeden dzień i wiem, że trzeba ruszyć dalej. Nie jest to łatwe, bo czas w Gold Coast to był czas wypełniony „positive vibes”. Następny mój przystanek, który jestem tematem rozmów z Ray’em i jego przyjaciółmi to Nimbin. Zdania są podzielone. Jedni mówią-nie jedź, nie warto. Inni-jedź, wyrobisz sobie własne zdanie o tym miejscu. I tak to właśnie ten argument przemawia to mnie całkowicie. Chcę mieć własne zdanie o Nimbin. Jadę. Nimbin jest poza moją wcześniej wyznaczoną trasę. Muszę więc odbić, ale powiem tak…warto było. Cóż to takiego jest Nimbin? Nimbin to mała społeczność bardzo kolorowych charakterów. Nimbin jest nazywana stolicą marihuany w Australii. Sama marihuana nie była dla mnie celem odwiedzin tego miejsca. Główny motyw to ciekawość. Byłem ciekaw co to za ludzie, jak żyją, co robią. Generalnie owszem wszystko tutaj kręci się wokół marihuany. Ludzie ci od dawna stanowią front na polu legalizacji tego ziółka. Ja osobiście też jestem za legalizacją. Nie chodzi tutaj tylko o marihuanę, ale także o hemp (pochodną), który ma bardzo szerokie zastosowanie w różnych dziedzinach. Henry Ford m.in. zbudował prawie cały samochód z hempu. Nasiona hemp są określane jako najzdrowsze nasiona, produkuję się z nich także olej. Marihuana lecznicza m.in. zmniejsza a w dalszym etapie niweluje do zera napady padaczki o czym przekonałem się właśnie w Nimbin. Tam poznałem ojca, który w ten sposób prawie całkowicie wyleczył swojego syna. Smutne jest to, że mimo ogólnej wiedzy na ten temat i leczniczych właściwości marihuana nadal jest zakazana a ojciec, żeby wyleczyć syna musiał robić to nielegalnie. Ani chwili bym się nie zastanawiał, gdybym był w jego sytuacji. Zawsze byłem i będę zwolennikiem medycyny naturalnej. Po pierwsze ponieważ powyższy przykład pokazuje, że działa. Po drugie cała sprawa z legalizacją to nic innego jak nóż w plecy koncernów farmaceutycznych, które inwestują biliony $ w specyfiki, które rzekomo mają ludziom pomóc. No bo cóż może być dla nich gorszego aniżeli „Kowalski lub Smith”, który na własnym poletku przed domem wyhoduje sobie krzaczek, który a)pozwoli mu się zrelaksować, b )pomoże w kuracji różnego rodzaju chorób. No ale wracając do Nimbin zatrzymałem się tutaj u Mac’a. Mac to Niemiec, który 35 lat temu przeniósł się z Niemiec do Australii, mieszka na obrzeżach Nimbin, produkuje perfumy i inne ciekawe specyfiki bazujące na cannabidolu. Mieszkałem sam w drewnianej chatce dla całej rodziny z wszystkimi udogodnieniami. Wieczorami robiło się zimniej, więc rozpalałem sobie ogień w kominku. Było extra! Nimbin jest małe, więc zeksplorowałem je jednego dnia…ludzie flower-power, sklepy z akcesoriami do palenia, miejsca gdzie można zapalić z lokalnymi, pamiątki, ciasteczka, pacyfki, ludzie z różnych stron Australii i nie tylko, wyznawcy buddyzmu, muzycy, malarze…i haha mikro-posterunek policji (nie wiem co oni tam robią hehe jak 90% populacji Nimbin to palacze). Samo Nimbin stało się bardzo turystyczne-codziennie kilka autobusów z turystami odwiedza miasteczko.

Mac miał także dla mnie także 2 prezenty. Jeden, który stosowałem prawie do końca i który pozwalał wieczorami na relaks spiętych mięśni pleców-maść i krople pod język zawierające cannabidol (zdjęcie w galerii).  Sama naturka. Specyfiki przekazałem na koniec  wyprawy Pani Annabel, która ugościła mnie w Geelong’u. Ze względu na skład nie zabrałem ich na pokład Air India 😉  Drugi prezent to 24h dostęp do jego ogrodu. Niezwykle cenny to prezent. Pomarańcze, mandarynki, cytryny…mamy tutaj wszystko 😉 Wyjeżdżając zabrałem dwie siaty pomarańczy i mandarynek. Rower cierpiał, ale czy to ważne 😉 A propo wszystkie te siaty z jabłkami, pomarańczami itd. odbiją się głośnym echem na moim kompanie…na koniec trasy w Australii pęknie tylnia obręcz…coś pięknego, jak ja lubię takie przygody!:) W Nimbin spędzam jeden dzień. Dla mnie wystarczy, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Było warto. Nie byłem w podobnym miejscu podczas wcześniejszych wypraw a to już jest wystarczający powód.

Z Nimbin wracam w kierunku mojej trasy a mianowicie jadę do Byron Bay, które jest także mekką serferów i  każdy napotkany lokals czy to turysta mówi mi, że miejsce jest po prostu bajeczne. No cóż hehe ja mam trochę inne zdanie. Dla mnie to typowy oblegany przez turystów kurort. Jest OK, ale tylko OK. Zostałem w Byron Bay dwa całe dni. W 1-szy dzień zrobiłem spacer w prawą stronę plaży, w 2-gi w lewą stronę. Byron Bay jest to małe miasteczko…serferzy, których już widziałem, plaża i to by było na tyle. Potraktowałem to jako miejsca do naładowania baterii na resztę trasy.

Z Byron Bay udaje się do Macadamia Castle i Port Macquarie. Obydwa miejsca mają wspólny mianownik a mianowicie-zwierzęta. Zwierzęta to jeden z powodów mojej wizyty w Australii. Tutaj mała konkluzja 😉 Kangury są fajne, ale też bardzo głupkowate. Fakt, że sporo ich leży zabitych wzdłuż drogi spowodowany jest faktem, że kangury to mega wariaty. Sam osobiście widziałem jak ekipa w postaci dwóch osobników leciała na przestrzał krajówki zwanej Pacific Highway i jedynie centymetry dzieliły ich od spotkania z orurowanym przodem potężnej australijskiej ciężarówy. I tak właśnie kończą swój żywot te australijskie skoczki. No ale na szczęście widziałem też sporo żywych okazów. Moi faworyci to jednak koale. I tak to oglądałem je zarówno w Macadamia Castle jak i w szpitalu dla miśków koala w Port Port Macquarie. W Koala Hospital spędziłem dodatowo dobre 45 min bawiąc się nauką…mikroskopem. Efekty tej zabawy-zdjęcia ręki, roślin w poniższej galerii.

Dalej droga wiedzie  wzdłuż wybrzeża. Jest  ciepło, dni mijają szybko..widoki to głównie ocean, plaże. W tyle głowy mam następny, większy cel, czyli Sydney.  Każdy kto mnie dobrze zna wie, że większe miasta nie wzbudzają u mnie aż takiej euforii i tak też jest tym razem. Sydney jest…szybkie, ludzie przemieszają się w pośpiechu. Sydney jest duże. Sydney…trzeba zeksplorować i jechać dalej 😉 Zajmuje mi to 3 dni, podczas których jeżdżę wzdłuż i wszerz oglądając kolejne atrakcje: Opera, Sydney Harbour, Harbour Bridge. Miejsce, które odkrywam dosyć przypadkowo to Maritime Museum. O tak! To jest „my cup of tea”: samoloty, statki, broń…zawsze  i wszędzie. Oczywiście nie wyobrażam sobie być w Australii i nie odwiedzić Sydney. Jeśli chodzi jednak o duże miasta w Australii to mój nr 1 musi jeszcze chwilę poczekać…

Na koniec tego wpisu…przykład specyficznej, australijskiej gościnności;) Poznałem właściciela tej posesji. Trochę „postrzelony” charakter 😉 Mimo wszystko pozytywny, ucięliśmy sobie pogawędkę w trójkę…ja, on i kolt kaliber 44:)

DSC02033

Ostatnie dni w Nowej Zelandii. Nowy kierunek—>Kangury:)

To juz moje ostatnie dni w Nowej Zelandii. Jestem w Christchurch, gdzie skonczyła się moja nowozelandzka częśc wyprawy.  Odnośnie statystyk to całkowity, planowany dystans w Nowej Zelandii miał wynosic 2211 km (680km-wyspa północna, 1531-wyspa południowa). Tymczasem mój biezący dystans to 10383. Azję skonczyłem z wynikiem 7500 km, czyli z prostej kalkulacji wychodzi, ze w NZ wykręciłem 2883 km przekręcając tym samym licznik o 672 km. Jeszcze trochę pokręcę po Christchurch, ale dystans ten juz za bardzo nie wzrośnie. Szykuję się powoli na 23-go maja. Tego dnia mam lot z Christchurch do Auckland a następnego dnia z Auckland do kangurów, czyli do Gold Coast.  W momencie, w którym to piszę właśnie sprawdziłem pogodę w Gold Coast. Prawdziwa zima, czyli tak jak mi mówili „Aussie” spotkani w NZ temperatura od 22 do 24 C. Takie zimy to ja lubię 🙂 Zatem do napisania po tamtej stronie hemisfery 🙂

Milford Sound i Mountain Cook-creme de la creme

To dwie atrakcje, których absolutnie nie mozna pominąc podczas podrózy po Nowej Zelandii. Nie mozna ich takze porównywac, gdyz Milford Sound to zatoka a Moutain Cook to góra. Odnośnie eksploracji obydwu, to o ile pierwszy nie wymagał od mnie nakładu sił, gdyz podziwiałem zatokę z poziomu pokładu na statku popijając kawkę i zagryzając ciasteczka, to w drugim przypadku postanowiłem klasycznie juz 😉 udac się na dwa trekkingi jednego dnia. Podobny scenariusz jak dotychczas. Ruszam wcześnie rano, robię pierwszy trekking, przerwa na obiad, po przerwie ruszam na drugi trekking. Szlaki jakie postanowiłem eksplorowac to Mueller Hut i Hooker Vallery. Pierwszy zajął mi 5h (w pierwszej fazie ciągłe podchodzenie pod górę), drugi 1h40 min. Zacznijmy jednak od Milford Sound. W drodze do Milford Sound zatrzymujemy się takze przy Lake Marian (jakiś Marian maczał w nim palce) i Mirror Lakes. Zobaczcie sami:

Mountain Cook to juz całkiem inna para kaloszy. Pierwszy szlak, czyli Mueller Hut prezentuje się tak:

Mueller Hut jest fantastyczny. Wymaga pewnej sprawności fizycznej, momentami jest stromo i trzeba trochę napiąc łydę, ale widoki wynagradzają z nawiązką. Drugi, czyli Hooker Vallery to juz jaka sama nazwa wskazuje spacerek. I tak tez było. Oto i Hooker Valley:

Pogoda tego dnia dopisała. Dzięki temu mogłem zobaczyc Kapitana Cook’a w pełnej krasie, który spoglądał na mnie z 3724 metrów obserwując bacznie kazdy mój krok. Kapitan był tego dnia bardzo łaskawy, zaszedł mgłą dopiero podczas zejścia. Wtedy jednak był juz złapany kilkanaście razy obiektywem mojego aparatu. Co ciekawe podczas podejścia spotkałem tylko jedną osobę i to na samej górze, plus dwóch turystów z Czech w samych schronisku na górze. Udany dzien 🙂

Gościnnośc południowców i humorystycznie rózne rózności z Nowej Zelandii

Nie zachowam  tutaj chronologii zdarzen, bo nie jest ona az tak wazna w tym wpisie. Zacznę od tego, co się dzieje ostatnimi czasy. Jestem obecnie w domu „lokalsa”. Jego imie to Sean. Sean pracuje w lokalnej tawernie i właśnie jestem w jego domu. Jak poznałem Sean’a ? Otóz wczoraj około 5.30 PM przyjechałem do miasteczka Twizel. Jest to mój punkt wypadowy na mój kolejny południowy „highlight”, czyli Mountain Cook. Jutro mam zamiar przejśc dwa super fajne szlaki w okolicy Mountain Cook. Wracając jednak do tematu po przyjezdzie do miasta Twizel rozpoczyna się procedura pt.znalezienie miejsca noclegowego. Zachodzę do lokalnej tawerny i wiecie ile czasu zajęła mi ta „procedura”? 5 minut:) Po krótkiej rozmowie z Panią za barem zostałem skierowany do jej kolegi. Kolega to właśnie Sean. Po chwili mam w ręce karteczkę z adresem Sean’a, hasłem do WiFi i przyzwoleniem na korzystanie z kuchni, łazienki i ogólnie mam się czuc jak u siebie. Sean musi zostac jeszcze kilka godzin w pracy. Dom Sean’a znajduje się w odległosci 1 km od tawerny. Wrzucam wytyczne do nawigacji i po chwili jestem na miejscu. Co ciekawe…Sean nie daje mi kluczy, bo Sean nie zamyka domu na klucz a w domu nie ma nikogo:) Aparat fotograficzny na stole, plasma na ścianie, wszystkie domowe sprzęty…i Sean widział mnie przez całe 5 minut…:) To jest dopiero zaufanie przez duze Z. Sean hobbystycznie zajmuje się fotografią. Zostanę u niego jeszcze jeden dzien, po czym będę kierował się w kierunku Christchurch.

Czas na przykład nr 2. Tama, Tama Schymansky. Tak, Tama ma polskie korzenie. Chciałem coś się więcej dowiedziec, ale Tama wspomniał mi, ze coś tam poszło nie tak w jego rodzinie, więc nie drązę tematu. Jak poznałem Tamę? Otóz jak to czasem bywa historia zatacza koło. Tak było i tym razem. W godzinach póznopopołudniowych zajezdzam do kolejnej destynacji, czyli Tapanui. Wchodzę do restauracji. Tama jest tam managerem i kucharzem jednocześnie. Po krótkiej rozmowie na stole przede mną lezy pyszna obiadokolacja i scenariusz się powtarza. Tama akurat obsługuje gości pogrzebowych, ale jak juz serwis jest gotowy wsiada w samochód, jadę za nim około 10 minut i jesteśmy na miejscu. Dom Tamy. Jak powyzej mam do dyspozycji kuchnię, własny pokój, łazienkę, WiFi. Tama wraca do pracy, zeby za około godzinę przywiezc mi następny posiłek-Curry z kurczakiem i ryz.

DSC01155

Przykład nr 3. Dzien jak codzien. Pedałuję, kolejna „seta” do zrobienia. Nagle przyciska mnie ciśnienie na pęcherzu (czyt. chce mi się sikac). Las, zatrzymuję się na poboczu, robię co trzeba, wsiadam na maszynę, ruszam. Nagle przede mną zatrzymuje się auto policyjne. Policjant wysiada, kaze się zatrzymac. Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy, to ze zaraz zrobi mi wykład nt. sikania na poboczu drogi. A gdzie tam, nic go to nie interesuje. Zadaje pytanie:

-Masz kamizelkę odblaskową?

-No nie mam.

-A chcesz? Jak będziesz jechał wieczorem, to moze Ci się przydac.

-No to wezmę.

-Jaki kolor? Zielony czy pomarancz?

-Zartuję sobie i mówię. Zielony; pomarancz nie będzie pasowac mi do koloru oczu 😉

Policjant śmieje się, wręcza mi fajną, przewiewną kamizelkę i odjezdza. Ot mały gest a cieszy.

Przykład nr 4 to Galeria Petr’a Hlavicek’a. Pewnego dnia, kiedy to juz miałem konczyc pedałowanie w okolicy miasteczka Whataroa minąlem znak z napisem:”Petr Hlavicek Photo Gallery”. W pierwszym odruchu pojechałem dalej, ale szybko doszedłem do wniosku, ze musi to byc mój sąsiad z Republiki Czech. Tak tez było. Petr szukając swojego miejsca na ziemi przyjechał do Nowej Zelandii jak miał tyle lat co ja teraz, czyli 35. Teraz ma 50, mieszka w NZ z partnerką i jej dzieckiem na stałe i jest profesjonalnym fotografem i rzecz jasna fotografuje krajobrazy Nowej Zelandii. Po 20 minutach rozmowy Petr zaproponował mi akomodację. Przygotował takze kolację, porozmawialiśmy do około 23.00 przy winku, czas zleciał błyskawicznie. Petr ma otwartą głowę, poruszyliśmy wiele ciekawych tematów a propo zycia w Nowej Zelandii, Czechach. Następnego dnia rano pojechałem dalej a Petr podarował mi pamiątkowy mini-album ze swoimi zdjęciami. Super sprawa 🙂

Jego zdjęcia-panoramy większości najciekawszych miejsc NZ to po prostu uczta dla oka. Wystawia je w swojej galerii, poza tym organizuje Photo-Tour’y. Polecam kazdemu, kto będzie w Nowej Zelandii w okolicy miasta Whotorua odwiedzic jego galerię. Wstęp jest darmowy a zdjęcia są przepiękne. Ponizej zdjęcia jego galerii:

A propo znalezisk to ciekawego znaleziska dokonałem na jednym z kempingów u czlowieka, ktora samozwał się jako „Peter One” czyli Piotruś Pierwszy. Z Piotrkiem, który ma około 65 lat spędziliśmy parę godzin na rozmowach o Nowej Zelandii, Polsce. Opuszczając kemping Piotrka natrafiłem w jednej z szafek na ciekawe znalezisko-duzy worek z marichuaną. Naprawdę duzy! Worek oddałem Piotrkowi, niech zrobi z nim co zechce; ja tego nie potrzebuję wozic ze sobą, i bez tego jest zabawnie.

Następne dary to np. ciepła pidzama, w której właśnie sobie siedzę, którą dostałem od Pani z obsługi bagazowej na lotnisku w Auckland, która jest zarezerwowana (pidzama, nie Pani 😉 dla klientów lini Qatar Airways na długie, wielogodzinne loty. Pani zmartwiła się moim losem po tym jak to musiałem czekac na rower ponad 48h na lotnisku i dostałem taki oto własnie pakiet-pidzama+torebka z kosmetykami. Nie musiała, ale dała 🙂

Inne przykłady darów, to np.darmowe sucharki ryzowe, które kazdy mógł sobie wziąc z marketu sieci Countdown w jednym z odwiedzanych przez mnie miast na trasie.

Kolejny przykład darow to juz dary natury ;)) Zdarzyło mi się to juz 3 razy. Jadę, jadę, az tu nagle na poboczu drogi dzika jabłon. Popatrzcie ponizej na te kolosy! W zyciu nie jadłem tak duzych jabłek. Wielkością mogą spokojnie konkurowac z grejpfrutami. Zeby się jednak dobrac do tych darów natury musiałem skonstruowac narzędzie (ponizej na zdjęciu). Ze swoimi 190 cm dalej byłem za niski, zeby się do nich dobrac. Takich okazji to ja jednak nie zwykłem przepuszczac i w koncu z reklamówą pełną jabłek ruszam dalej. Spokojnie miałem ich ze 3 kilo i jadłem codziennie po 2-3. Samo zdrowie, bo tutaj jabłko przy drodze nie zbieram oparów ołowiu, bo aut jest często jak na lekarstwo. Balast w postaci jabłek poczułem od razu po powrocie na rower. Pierwsze kilometry szły mozolnie. Jednak to nie pierwsza taka sytuacja, kiedy to jadę obładowany jak wielbłąd, więc szybko sobie uświadomiłem, ze organizm się przezwyczai i noga to pociągnie. Jabłka twarde, chrupiące, czasem z robakiem w środku (znaczy, ze zdrowe). Taka uczta przytrafiła mi się jeszcze dwa razy i co ciekawe za kazdym razem inna odmiana. Będę więc bacznie obserwował pobocze drogi w oczekiwaniu na następne „jablkowe sady publiczne”. Az szkoda tego nie zjeśc. W marketach w NZ za jabłka trzeba słono zapłacic a tu takie rarytasy za darmo.

Jak juz jesteśmy przy jedzeniu, to przypomniała mi się pewna zabawna sytuacja. Jestem w schronisku typu „backpackers” sieci Base w Wanace. Ludzie z całego świata. Kuchnia do uzytku dla wszystkich. Przychodzę w okolicach 6.00 PM. Czas na kolację. Jak kolacja, to często tosty z masłem orzechowym. Tosty gotowe, gorąca czekolada gotowa, czas zasiąśc do stołu. Dostrzegam wolne miejsce, siadam i pałaszuję. Obok siedzi Niemiec. Po chwili zaczynamy rozmowę. Jego imię to Thomas. Thomas je steki z makaronem. Rozmawiamy o Nowej Zelandii, schroniskach typu backpackers itd itp. Obserwuję rozwój akcji na talerzu Thomasa. O ile makaron znika dosyc szybko, to steki na jego talerzu generalnie stygną. Zastanawiam się kiedy ostatnio jadłem mięso na obiad i taką tez myślą dzielę się z Thomasem 😉 Thomas kontynuuje wątek i stwierdza, ze on sam by sobie w zyciu w Nowej Zelandii steków nie kupił, bo jest po prostu za drogo. Oznajmia, ze „odziedziczył” je po innym turyście, który wracał do kraju i po prostu mu je zostawił. No tego juz za wiele! Momentalnie reaguję zartem i mówię do Thomasa: „Jeśli nie masz na nie ochoty, to niech steki pójdą dalej w świat. Dajmy im nowe zycie. Chętnie je od Ciebie przejmę jak nie masz ochoty”. Thomas śmieje się i mówi, ze nie ma sprawy, bo sam juz jest najedzony. W to mi graj Tomaszku, mój sąsiedzie zza zachodnie granicy 🙂 Steki zostają przetransferowane w stanie nienaruszonym na mój talerz. Wiem Thomas, ze tego nie czytasz, ale Twoje steki smakowały nienagannie :))

Odnośnie róznych rózności, to dane mi tez było poznac sympatyczną rodzinę klanu Waitaha, pochodna Maorysów.

DSC00440

Co by cytując klasyka ze szklanego ekranu nie było na tym blogu tak „słodko-pierdząco”, to opiszę tez co mnie denerwuje w Nowej Zelandii. Mówiąc krótko „Sandflies” i Chinczycy. Jakby się chwilę zastanowic, to znajdzie się kilka podobienstw między jednymi a drugimi: jedni i drudzy są mali, jest ich pełno i uprzykrzają zycie 😉

Sandflies to bardzo upierdliwe, czarne muszki, które kąsają jak najęte. O ich obecnosci dowiedziałem się będąc juz w Nowej Zelandii. Dwie metody, które na nie działają to spray na komary (nie działa na Chinczyków, uodpornili się) oraz pełny ubiór od głowy az do stóp. W praktyce wyglądało to tak, ze pedałowałem „na krótko”, ale jak tylko przychodziła pora obiadu, to wskakiwałem w długie spodnie i longsleeve. Na szczęście kreatury nie są az tak bystre i nie nadązają za mną jak jadę na rowerze 🙂 Co do drugiego aspektu, czyli Chinczyków, to co drazni mnie a takze innych napotkanych turystów, to ze nacja ta jest bardzo głosna. Za głosna. Gdzie ich nie spotkac-atrakcja turystyczna, restauracja, centrum informacji turystycznej, to jeszcze ich człowiek nie widzi a juz ich słyszy. Sam nie posiadam najcichszej i najbardziej powabnej barwy głosu na świecie, ale wiem jak zachowac się w miejscach, gdzie oprócz mnie są inni ludzie. Chinczycy w większości traktują te miejsca jak ich własne i nie robią sobie absolutnie nic z obecności innych ludzi. 3 razy musiałem jednego z drugim „prostowac”, bo nie dało się tego wytrzymac. Rozumiem-inna mentalnośc, inna kultura, dla nich to chleb powszedni, ale to nie znaczy, ze ja mam uszy zatykac i czym prędzej uciekac z miejsc, które takze były moim celem podrózy.

Odnosnie tematów zdrowotnych, to oko mi się ostatnio zbuntowało. Po kolejnym dniu spędzonym w siodle kiedy to juz mogłem odpocząc i zając się swoimi sprawami nagle poczułem kłucie w lewym oku i zaczęło się intensywne łzawienie. Pierwsza reakcja-coś w nim jest. Pooglądałem jednak w lustrze oko i powierzchnie pod powieką i nic. Poszedłem nawet pokazac je osobie trzeciej. Ten sam werdykt. No to co…wujek Google prawdę Ci powie. Zespół suchego oka spowodowany brakiem wilgoci i wody, klimatyzacją. No tak powietrze w NZ jest suche. Lekarstwo-krople do oczu lub sztuczne łzy. 0 11.00 PM kiedy to juz miałem swoje ciepłe lokum jakoś nie bardzo chciało mi się wychodzic i szukac tych specyfików. Bazując na tym co mam zagotowałem wodę, ostudziłem, przelałem do szklanki i co 15-20 min. zanurzałem otwarte oko w wodzie. Na początku oko się buntowało, potem musiało uznac wyzszośc swojego pana 😉 Nad ranem jeszcze trochę czułem kłucie, pojawiło się tez łzawienie, ale do południa sprawa była generalnie załatwiona. Przez cały dzien intensywnie mrugałem idąc za radą w internecie. W zyciu się tak nienamrugałem! Oko zdrowe, no to jadę. Do zrobienia 105 km do wioski Governors Bay, gdzie spędziłem dwa dni z 65-letnim Trev’em-kolegą, którego poznałem podczas rejsu w Kambodzy. Trev mieszka z zona w drewnianym domku (zona obecnie jest w Chinach, gdzie pracuje jako nauczycielka). Trev to ogólnie zabawowy typ, piecze m.in.”śmieszne ciasteczka” 😉 Na dobry sen rzecz jasna 😉

DSC01451 (2)

Droga, która prowadziła do domu Trev’a to generalnie „back roads”, drogi lokalne i szutrowe, czasem las. Był jednak odcinek drogi SH1, czyli tzw. krajówka, który był jak do tej pory najgorszym odcinkiem podczas całej wyprawy w NZ. 35 km, auto za autem, ścisk i hałas. Nie miałem za bardzo wyjścia. Zeby chociaz częściowo polepszyc sobie warunki jazdy i oderwac głowę od tego gwaru wpadłem na pomysł, ze puszczę sobie jakąś muzyczkę w smartphonie, który trzymam w uchwycie na mostku. Jednak muzyka nawet puszczona na pełną głośnośc była skutecznie zakłócana przez ryk samochodów. I tak to zgodnie z powiedzeniem „Potrzeba matką wynalazku” z pomocą przychodzi DIY (Do It Yourself). Prezentuję zatem uchwyt własnej konstrukcji do słuchania muzyki w warunkach skrajnie niesprzyjających. Uchwyt cieszy się bardzo duzą popularnością wśród wszelkiej maści „geeków” rowerowych, ale takze i normalnych turystów. Mozliwośc zamocowania do wszelkiego rodzaju nakryc głowy. Elementy składowe: sznurówka (nie musi byc biała). Uchwyt zarejestrowany w Urzędzie Patentowym. Pantent nr 6969. Zamówienia zbieram do konca września.

U Trev’a spędziłem dwa dni-relaks na łonie natury. Jestem juz w Christchurch. Będę eksplorował to miasto przez kilka następnych dni. Powoli nowozelandzka przygoda dobiega konca…więc czas zacząc kolejną przygodę 🙂

Dlaczego Nowa Zelandia zawładnęła moimi zmysłami ? Wyspa Południowa.

Ustosunkowując się do tematu posta powiem tak. Napotkani przeze mnie turyści w północnej części NZ a takze mieszkańcy zadawali mi następujące pytanie: Podoba Ci się wyspa północna? Na to pytanie odpowiedź jest tylko jedna: TAK. No to wyspa południowa spodoba Ci się jeszcze bardziej. I wiecie co. Mieli rację! 🙂 To co widziałem do tej pory i co jeszcze przede moze się jedynie równać z tym co widziałem w Norwegii i Islandii. Niektóre miejsca są jednak tak „pocztówkowe”, ze nie widzę dla nich godnego rywala. Mam nadzieję, ze chociaz po części będzie to mozna zauwazyć na zdjęciach ponizej. Zatem w drogę 🙂

Jestem juz po przeprawie promowej w mieście Picton. Stąd będę kierował się w stronę Punakaiki i słynnych Pancake Rocks. O tym jednak za chwilę. Zanim tam dojedziemy kilka zdjęć z drogi na trasie Picton-Punakaiki. Teren jest znany wielbicielom winnych trunków, których takze jestem zwolennikiem, jeśli chodzi o alkohole.

No i dojechaliśmy do Skał Naleśnikowych, bo o nich będzie mowa. Nazwa jest dosyć adekwatna do tego, co tam mozna zobaczyć. Faktycznie jakby tak wziąć stertę naleśników i poukładać jeden na drugim, to coś takiego by wyszło (ale swoją drogą zjadłbym sobie takie naleśniki i popił dobrą czarną kawą! Od czego jednak siła perwsazji-mozna sobie wmówić, ze makaron to naleśniki i tez jest smacznie ;).  Pośród formacji skalnych na uwagę zasługują takze tzw. Blow holes, czyli dziury z których podczas przypływu tryska woda. Najlepszy czas a co za tym idzie najbardziej spektakularne „wystrzały wodne” mozna sprawdzić w internecie. Miałem pod tym względem duzo szczęścia, bo trasa tak mi się ułozyła, ze po zjedzonym obiedzie trafiłem akurat na najlepszy slot czasowy. Naleśniki wyglądają właśnie tak:

I to miało być generalnie na tyle, jeśli chodzi o małą wioseczkę Punakaiki do której zmierzają wszyscy, którzy jadą drogą wzdłuz wybrzeza. Jest tam dosłownie jedna pizzeria, informacja turystyczna, jeden, dwa sklepy i sieć róznego rodzaju akomodacji. Plan był taki, ze przyjezdzam, idę zobaczyć „Naleśniki” i ruszam dalej. Plan jak to plan lubi się czasem zmienić. I tak to w przybytku, (który ostatnimi czasy dosyć często odwiedzam, czyli „backpackers”-coś na styl schroniska dla młodziezy, choć spotykam tam i rówieśników i starszych ode mnie a takze całe rodziny) dowiaduję się, ze w bardzo bliskiej okolicy są dwa szlaki godne eksploracji. Nauczony doświadczeniem, ze jak lokalsi  w NZ mówią, ze jest fajny, to będzie fajny szybko przeramowuję plan na następny dzień i poniewaz szlaki są krótkie, to postanawiam wstać wcześniej, zjeść śniadanie i bez zwłoki ruszyć na eksplorację. W przybytkach typu „backpackers” części typu kuchnia, łazienki, prysznice itd. są wspólne przy czym stan czystości we wszystkich, które odwiedziłem stoi na naprawdę wysokim poziomie. Jest czysto, schludnie, wszystkie potrzebne kuchenne sprzęty. Wieczór spędzam z poznanymi ludźmi z Malezji a takze z Anglikiem i Australijczykiem, kładę się spać i rano pierwszy jestem w kuchni. Piję kawę z Australijczykiem i po szybkim śniadaniu jestem juz na pierwszym szlaku. Na pierwszy ogień idzie Truman Track, krótki 20 minutowy szlak do plazy. Wygląda to tak:

Mała rzecz a cieszy. Widoki przy samej plazy sa naprawdę fajne. Pora na drugi szlak. Ten jest juz nieco dłuzszy-2.5 h. Przypomina mi nieco Redwood Forest, który odwiedzałem będąc w Rotorua. Jest bajecznie-zielono, wszędzie gęstwina a to pnączy a to gałęzi, a to rzeka wije się wzdłuz szlaku a to kawałek buszu. Wszystko jest takie zywe, tętni zyciem i kolorami  . Popatrzcie sami:

Po eksploracji dwóch szlaków obieram azymut na następną destynację. Muszę się spręzać, jest juz 12.30, co prawda do pokonania tylko 84 km, ale jednak z przerwą na obiad zaczyna się robić wąsko z czasem. Dociskam pedały! Ale zaraz, zaraz, ujechałem zaledwie 2-3 km i moim oczom ukazuje się tablica informacyjna „Punakaiki Cavern”. To nic innego jak jaskinia, którą mijałem dnia poprzedniego i która juz wtedy wzbudziła moje zainteresowanie. Od czasu wyprawy po Azji to nowe dla mnie środowisko, czyli jaskinie wzbudzają w mnie duze zainteresowanie. Podejmuję szybką decyzję i juz z czołówką na czole oddaje się nowemu hobby. Jaskinia nie jest bardzo duza, ale kierowany ciekawością idę do samego jej końca. Czasem trzema przykucnąć, czasem się wspiąć, czasem wciągnąć brzuch (co akurat w moim przypadku nie ma większego sensu 😉

Punakaiki zwiedzone. Dokręcam ostro i śmigam do Hokitika, gdzie w schronisku czeka juz na mnie gospodarz-John. Po drodze jednak coś jeszcze wzbudza moją uwagę-stara kopalnia złota na trasie do Greymouth w miasteczku Charleston. Co za strzał w dziesiątkę. Jest to miejsce ulokowane tuz koło drogi głównej, nie ma tam jednak tabunów turystów, bo miejsce samo w sobie nie jest specjalnie rozreklamowane w przewodnikach itd. Jest jednak bardzo autentyczne i prowadzi je…syn, którego pra pra dziadek był właścicielem tej kopalni! (jego zdjęcie zobaczycie w galerii ponizej). Opowiada mi kilka ciekawych historii, pokazuje metodę płukania złota i juz ruszam na eksplorację. Kiedyś zjezdzali tutaj ludzie z całego świata ze względu na bogactwo tego kruszcu w tym rejonie. Z jego opowieści wiem, ze obecnie juz tylko nielicznie zajmują się tym hobbystycznie chodząc po plazy z wykrywaczem metali.

Miejsce samo w sobie jest niewielkie. Wystarczy 20-25 minut, zeby wszystko spokojnie zobaczyć. Nie jednak wielkość świadczy o jego charakterze a właśnie jego autentyczność. Przechadzając się po nim czułem ducha epoki, obserwując maszyny, barak, miejsce płukania oczami wyobraźni widziałem ludzi tam pracujących. Czasem miejsca takie mają dla mnie większą wartość niz te duze molochy turystyczne, które przyciągają setki ludzi. Tutaj mogę się zatrzymać, pomyśleć i bardziej „chłonąć” te miejsca. No ale do roboty, kilometry same się nie wykręcą, wsiadam na mojego rumaka i gnam do Hokitki. Teraz juz nic mnie nie zatrzyma.

Dojezdzam do Hokitiki późnym popołudniem i tuz po wjeździe do miasteczka wiem, ze zabawię tutaj trochę dłuzej niz planowałem. Małe, fajne miasteczko; owszem jest sporo turystów, ale ta ilość nie przytłacza a samo miasteczko wygląda super, trochę jak z poprzedniej epoki. Następny dzień mam zaplanowany od rana do wieczora. Na pierwszy ogień idzie Hokitika Gorge reklamowany jako „must to see”. No jak trzeba, to trzeba. Ruszam więc wcześnie rano, pogoda bajeczna i tym razem zgodnie z powiedzeniem „nie cel jest wazny, ale droga do niego” podziwiam takie oto widoki („do i z”).

No i jak 😉 Moim zdaniem droga „do i z” jest całkiem zacna. Sam wąwóz oraz pobliskie wodospady Dorothy Falls prezentują się tak:

Woda jest turkusowa, prezentuje się okazale. Tego dnia czeka mnie jeszcze jedna atrakcja, o której mówił mi John i która jest wspominana w lokalnych przewodnikach a mianowicie zachód słońca na plazy w Hokitika. Wsiadam zatem na maszynę i jadę do Hokitiki. Tego „reklaksacyjnego” dnia wykręciłem 98 km-ów 😉 Opłacało się jednak dokręcać pedały na zachód słońca. Zastanawiałem się czy ktoś w takich okolicznościach się komuś oświadczy i klęknie na kolanko. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Miejsce jednak całkiem, całkiem.

DSC00247

W Hokitika spędzam w sumie dwa dni. Na wyjeździe czeka na mnie Jezioro Mahinapua, które odkrywam całkiem przypadkowo. Jest ono bardzo „pocztówkowe” i ktoś kto posiada duze umiejętności fotograficzne i dobry aparat będzie w stanie zrobić tam cuda.

Następny przystanek to jakby stolica nowozelandzkiego przemysłu turystycznego, któremu mozna by spokojnie poświęcić oddzielny wpis czyli  dwa lodowce-Franz Josef Glacier i Fox Glacier. Ja ograniczę się do refleksji, ze owszem pachnie to wszystko komercją, ale z drugiej strony profesjonalizm i poziom usług jakie świadczą owe firmy to najwyzsza liga. Ludzie płacą cięzkie pieniądze za lody helikopterem, sky-diving, skoki na bungee itd. Ale taki jest rynek. Popyt spotyka się z duza podaza, ilość turystów z samych Chin jest ogromna. Nowa Zelandia stała się świetnym produktem. Osobiście mi to nie przeszkadza, nadal jest czysto i jakoś mnie to osobiście nie dotyka. Jedna rzecz, która mnie denerwuje to przekrzykujący się Chińczycy na szlakach pieszych. Raz musiałem człowieka uciszać, stał metr ode mnie i darł mi się prosto do ucha. No ale więcej i tak jest plusów niz minusów.

Wracając do lodowców tutaj akurat achów i ochów nie będzie. Te, które widziałem w Norwegii i Islandii były jednak ładniejsze a poza tym lodowce same w sobie az tak duzego wrazenia na mnie nie robią. Pół zartem, pół serio wracając myślami do wyprawy po Skandynawii i Islandii zwykliśmy sobie zartować z moim kompanem wyprawowym Marcinem M., ze ekipa budowlana Pana Mieczysława się nie spisała i nie wyczyściła odpowiednio lodowców na przyjazd turystów z Polski 😉 Faktycznie trochę osiadły brudem, ale z drugiej strony to nie muzeum narodowe 😉 Jestem jednak winny czytelnikom bloga relację, oto zatem i zdjęcia.

To co jednak zasługuje na OCHY i ACHY to jezioro Matheson, które mieści się kilka kilometrów od Fox Glacier. Jezioro to jest najczęściej fotografowanym jeziorem w całej Nowej Zelandii….i w ogóle się nie dziwię. Pocztówkowe miejsce.

Następnym większym miastem do którego będę zmierzał będzie Queenstown. Zanim tam jednak dojadę, to zatrzymam się w Wanace, która takze od razu przypada mi do gustu. Zagoszczę tam na 2 dni. Moje miejsce to Base Backpackers. Tutaj od Pani na recepcji dostaję wskazówki jakie szlaki warto zeksplorować. Są to: Mt Iron i Roys Peak. Od razu dostaję wytyczne, ze w jeden dzień nie dam rady, gdyz  o ile pierwszy to około 1.5h w dwie strony i jest relatywnie łatwy, to drugi to juz okolo 6h i jest bardzo wymagający. Nauczony doświadczeniem i podobnymi rozmowami z przeszłości z Nowozelandczykami przezwyczajonymi generalnie do spokojnego tempa i nie przemęczania się traktuję tą informację z dystansem. Idę do pokoju i dokonuje własnej oceny sytuacji. Szybko dochodzę do wniosku, ze jesli wyruszę wcześnie rano, to spokojnie dam radę. Wstaję rano i jadę na punkt startowy szlaku określanego jako trudny czyli Roys Peak. Mało ludzi. Słoneczna pogoda. Atakuje. Jest ciekawie. Generalnie 2.5-3h cały czas pod górę i to dosyć ostro. Uwijam się jednak jak nalezy, po drodze spotykam 3 chłopaków z Krakowa i robię cały szlak w 5h z przerwami na zdjęcia. Jakie zdjęcia? Ano takie:)

W drodze powrotnej przerwa na przygotowany wcześniej obiadek i juz lecę na dół, zeby pognać na moim ogierze na drugi koniec miasta i zeksplorować drugi szlak, czyli Mt Iron. Ten to juz spacerek w porównaniu do pierwszego. Godzinka i jest po sprawie. Nie jestem tak wysoko, więc i widoki nie az takie fajne, ale panorama na miasto wygląda fajnie.

Tego dnia mięśnie w górnych partiach piekły, oj piekły. Podczas jazdy rowerem generalnie pracują inne partie mięśni. Ale to tylko ból, przejdzie a wrazenia w głowie pozostaną 🙂 W Wanace było fajnie, miasteczko i sam hostel miały definitywnie dobry klimat. Cieszę się jednak na następną destynację, czyli Queenstown. To średniej wielkości miasto, ale są duze supermarkety (czas dokupić prowiant jedzeniowy), jest kantor (czas wymienić zielone, amerykańskie dolary na trochę mniej zielone nowozelandzkie dolary), będzie czas, zeby dokonać napraw sprzętu, zszyć to i owo itd. Zatrzymuję się w schronisku Nomads i to jest totalny hicior. Super atmosfera, śniadania i kolacje! za darmo!, duza kuchnia, kominek, skórzane sofy, szybki internet, widok na jezioro zapierający dech w piersiach, mozna wyliczać i wyliczać. Nie bez powodu setki dobrych komentarzy na Trip Advisorze. Polecam kazdemu, kto znajdzie się w Queenstown. No ale do rzeczy 😉 Tak jak i wcześniej tak i tutaj dostaję wytyczne odnośnie dwóch szlaków do zeksplorowania. Jak widać ostatnimi czasy fajne szlaki chodzą parami 😉 Są to: Tiki Trail i Hill Trail. Biorę obydwa na tapetę jednego dnia tak jak poprzednio. Najpierw krótki z panoramą na Queenstown jako nagroda za podejście.

Podczas podejścia widzę w wielu miejscach, ze szlak pieszy przecina się ze szlakiem dla rowerzystów. W odpowiednich miejscach są tabliczki z informacją. Bardzo dobry przykład symbiozy między chodziazami a zjazdowcami (szlak jest typowo zjazdowy dla DH-owców i Endurowców). Po wejściu na górę widzę wielu bajkerów. Spotykam tam tez Australijczyka z którym razem podziwiamy widoki oraz rozmawiamy o NZ, Polsce i Australii itd.  Kończymy pogawędkę, udaję się w kierunku parkingu gdzie czeka na mnie maszyna. Udaje się na eksplorację drugiego szlaku, czyli Hill Trail. Oj jest zacnie, mega zacnie. Co najciekawsze w NZ często te super ciekawe szlaki są rzut beretem od centrum miasta.

I tym to sposobem kończę ten post, który piszę dla Was z miasteczka Te Anau (dojechałem tutaj na dwa razy z Queenstown z bazą noclegową w Mossburn), które jest bazą wypadową na Milford Sound, czyli klasyk krajbrazowy. Jutro zatem udaję się na wycieczkę. Rower zostaje. Moje poczciwe 4 litery będą tym razem wozone busikiem. Prognoza pogody mówi, ze będzie słonecznie. Czuję, ze bedzie to fantastyczny dzień. Program wycieczki to 19 przystanków na robienie zdjęć, zatem za jakiś czas sporo nowego materiału na bloga. Do następnego! 🙂